wtorek, 28 sierpnia 2012

O chique - chique, Karolinie i Michale...


Każdy kto przybywa w afrykańskie strony musi się nastawić na różnego rodzaju niespodzianki, które do miłych nie będą należały!
 Cóż, egzotyczne podróże, poznawanie innych kultur wiąże się z przygodą w tropiku!
 Wszystko, co tutaj przeżyjemy może być dobrym lub złym wspomnieniem..., a to zależy od tego, jak popatrzymy na przygodę, która nam się przydarzyła.
 Prawdę mówiąc, trzeba nauczyć się widzieć ludzi i sytuacje z innej perspektywy, która pozwala zatrzymać się, popatrzeć na życie z boku i zawsze pamiętać, że nie ma sytuacji bez wyjścia, a wszystko co się nam przydarza nie jest przez przypadek!
 To moja filozofia i jeśli Ktoś ma inne zdanie  – nie szkodzi!

 Więc razu pewnego do Kamerunu zawitała Karolina i Michał /nie pierwszy raz, dodaję dla ścisłości/, którzy, jak to Młodzi na przygody są otwarci, na pomoc innym także, pełni zapału, radości życia... lubię takich gości, właściwie przyjaciół naszych Misji.



 Tenże Młodzieniec i owa Panna Karolina widzieli i słyszeli  wiele o... pchełkach!
 Mamy pchłę psią, ludzką i kocią, to takie pchły europejskie i nie tylko.

 U nas w tropiku mamy jedną, specjalną pchłę, która nazywamy
 chique – chique /czytaj: szik – szik/, która potrafi uprzykrzyć nasze afrykańskie życia!
 Dziwne jest to, że ta pchła pochodzi z Ameryki Łacińskiej i Karaibów.
 Jak pojawiła się na Czarnym Lądzie – nie wiadomo! 
Ja uśmiecham się na tę wiadomość!
 Dlaczego?
 Dlatego, że to nie nasza pchła i nikt nam nie może powiedzieć, że to małe draństwo pochodzi z Afryki!
 Być może przybyła na pokładzie jakiegoś statku i odtąd jest utrapieniem wielu ludzi.
 Nasza Karolina zauważyła, na swojej stópce wypielęgnowanej mały czarny punkcik, który dawał o sobie znać przez swędzenie i to dokuczliwe!

 S. Orencja, pielęgniarka, prawie od zawsze w Afryce, obejrzała ten czarny punkt i stwierdziła: tunga!




 I dodała: Karolino jesteś już nasza,
 bo dopadła cię nasza i nie nasza /smiech/
  pchła, która ma tutaj kilka nazw: chique – chique, tunga lub po prostu pchła piaskowa!
Trzeba operować, stwierdziła s.Orencja. Karolina zbladła,





 Michał ucieszył się, a ja poszłam szukać: igły, agrafki i czegoś do dezynfekcji... rany!









To najprostsze narzędzia do pozbycia się chique – chique!
 Nasza Agnieszka mówi, że najlepiej zdaje egzamin dobrze zaostrzony patyczek, którym wydłubuje się „tę nie naszą” pchłę!
 Można się pośmiać, ale trzeba także wiedzieć, że ten mały owad może doprowadzić do infekcji i groźnych powikłań. Jednym z nich jest gnicie części ciała, nie tylko stóp!
 Widziałam zaniedbane, małe dzieci z dziesiątkami pcheł piaskowych w stopach! Tunga atakuje przede wszystkim ludzi i... świnie.
 To niewielki owad, barwy jasnożółtej, osiąga zaledwie 1 mm długości. Samica wgryza się w skórę człowieka i pije krew, w wydrążonych jamkach składa jaja, pęczniejąc do wielkości ziarnka grochu.
 Wystaje częściowo z ciała żywiciela i powoduje silne podrażnienie i swędzenie.
 Rośnie i rozmnaża się w bardzo szybkim tempie.
 Po kilku dniach wyrzuca z siebie tysiące jaj. Jaja trafiają do piasku, przechodząc w nim kolejne stadia rozwoju, nie pasożytują.
 Pasożytem staje się dorosła samica, która przed złożeniem jaj musi karmić się krwią /horror po prostu/!
 Jeśli pchła pozostaje na dłużej w skórze, powoduje chorobę zwaną tungozą.



Karolina dzielnie zniosła „operację”, Michał zrobił trochę zdjęć, i proszę się nie dziwić, że agrafka, że igła... na misjach trzeba sobie radzić!
 Szpital z dobrą obsługą przeszło 300 km od Doume..., czy warto jechać tyle kilometrów, aby wydobyć jakąś tam pchłę...??? 







Tunga wgryza się pod paznokcie, między palce od stóp, lub jak w przypadku Karoliny, usadawia się na wewnętrznej stronie stopy. Miałam, raz jedyny na małym palcu od stopy „tę nie naszą” pchłę. Od tego czasu dobrze oglądam swoje stópki, szoruję szarym mydłem, ale nigdy nic nie wiadomo...





... i agrafkę schowałam na wszelki wypadek!


niedziela, 26 sierpnia 2012

O niebieskich oczach...


Oczy niebieskie, brązowe, piwne, zielone… 
 Ja mam niebieskie…

 „Zrozumcie, że język może ukryć prawdę, ale oczy – nigdy!
 Ktoś wam zadaje niespodziewane pytanie, nie zdradzacie się nawet drgnieniem, błyskawicznie bierzecie się w garść i wiecie, co należy powiedzieć, żeby ukryć prawdę, i wygłaszacie to niezmiernie przekonywająco,  i nie drgnie na waszej twarzy żaden muskuł,
 ale – niestety – spłoszona pytaniem prawda na okamgnienia skacze z dna duszy w oczy i już wszystko stracone”
 Michał Bułhakow – Mistrz i Małgorzata.




„Każdy ma taki świat, jaki widzą jego oczy”
 José Saramago





„Oko za oko uczyni tylko cały świat ślepym”
 Mahatma Gandhi







„Bo w oczach tkwi siła duszy”
 Paulo Coelho - Alchemik







„W polityce cała sztuka polega na tym, aby mieć dobre oczy i umieć wykorzystać ślepotę innych”
 Emile Zola








„Oczy widzą, uszy – słyszą, a serce – i tak wie swoje”
 Władysław Grzeszczyk



















czwartek, 23 sierpnia 2012

O błękitnym motylu...


Który motyl najpiękniejszy?
 Tym razem nie powiem, że wszystkie, bo tylko jeden jest piękny!
  Kto z Was nie widział motyla i tego dziennego, i tego nocnego czyli ćmy...?
 Świat jest pełen motyli, które żyją i czarują swoim tańcem na wszystkich kontynentach, oprócz Antarktydy.

 Motyle mają coś z magii, bo któż z Was nie patrzył w zachwycie, oczarowany fruwającymi motylami, podziwiając ich barwy!
 Nikt z ludzi nie pomalował motylom skrzydełek wszystkimi kolorami tęczy, są prawdziwe, naturalne, są tak piękne, że zapierają dech w piersiach!

Motyle są głuche, ale natura dała im w darze powonienie czyli motyl myśli zapachem i tym kierują się wszyscy Łowcy Motyli.

 Nie cierpię Łowców Motyli i z odrazą patrzę na gabloty z zasuszonymi motylami i jeszcze większą złością na obrazy wykonane ze skrzydeł motyli, które za bezcen można kupić na każdym kameruńskim rynku.

 Cóż, dzięki nim mamy w gablotach okazy, których dawno nie ma, albo takie, które odkryto, a tych odkrytych i opisanych motyli jest 150 tysięcy.  Nie tak łatwo jest złowić motyla!

 Powie ktoś: motyle łowi się tzw. siatką na motyle.
 Owszem tak, ale... większość pięknych motyli żyje wysoko w koronach drzew.
 To jest życie, bajka po prostu: cały dzień pośród słońca, kwiatów i przepysznej zieleni.
 Dla motyla nie ma znaczenia jakiś tam Łowca Motyli, a ten Łowca musi coś wymyśleć, aby tego motyla złowic!

 Łowca, czyli Człowiek, to z natury gatunek myślący, podglądający, co w trawie skrzypi... i podejrzał, że nasz motyl cudny interesuje się najbardziej tym, co pięknie pachnie, a że motyle myślą powonieniem nasz Łowca przygotował miksturę z wonnych owoców, które muszą być bardzo
 słodkie i dojrzałe.
 Wszystkim wiadomo, że w dżungli słodkich owoców nie ma, więc nasz Łowca musi przytargać wonne owoce i rozsypać je w środku tropikalnego lasu.
 Niektórzy Łowcy pokrapiają przedojrzałe owoce, aby dodać aromatu, alkoholem, chyba także słodkim i zostaje już tylko czekanie...

 A motyle wbrew instynktowi przyfruwają chmarami na zielone poszycie dżungli... na swoją zgubę!
 I w ruch idzie siatka na połów motyli!!!

 Skąd ja to wszystko wiem?

 W Kamerunie widziałam niejedną motylową piękność, ale mówią, że najpiękniejsze motyle latają w puszczy amazońskiej i tam właśnie żyje mój piękny motyl: błękitny Morpho.


 Morpho widziałam jedynie na zdjęciach w internecie i na filmie, który oglądałam trzy razy!
 Oglądać jakiś film dwa razy, to coś ważnego dla mnie, a trzy...

 Więc Morpho jest błękitny.

 Większość barw motyli, powstaje dzięki cząsteczkom różnego rodzaju pigmentów, zawartych w łuskach na skrzydłach. Są jednak wyjątki, do których należy tropikalny Morpho.
 Mój Błękitny posiada łuski, które są przezroczyste – barwa powstaje w skutek interferencji fal świetlnych i innych skomplikowanych rzeczy, ale skutek jest taki, że skrzydełka Morpho mienią się błękitem w zależności od kierunku padania świata.
 Skrzydła mają metaliczny połysk i dochodzą do 20 cm rozpiętości.

 Ona Morpho ma skrzydła okrążone czarnym paskiem z kilkoma białymi kropkami i oczywiście jest piękniejsza od Pana Morpho, oczy  mają pomarańczowe!


 Morpho jest ZACZAROWANY, to magiczne stworzenie, które uwielbia wodę, kocha wodospady!

 Co mówią opowieści?

 A no to, że w chwili gdy go ujrzysz, musisz ofiarować motylowi swoje marzenia, a on zaniesie je do wielkiego ducha dżungli.

 I jest druga strona medalu... Dżunglę zamieszkują złe duchy, które ukrywają swoja prawdziwą naturę, stają się zwierzętami, ale najchętniej wcielają się w niebieskiego motyla. Wykorzystują piękno Morpho, aby wciągnąć ludzi do przepastnego lasu, w którym błądzą, tych którzy zbłądzą atakują dzikie plemienia... 
Takie opowieści można usłyszeć oglądając film pt." Błękitny Motyl".





  Można także zobaczyć różnorodność owadów, ptaków, zwierząt i... cóż, po prostu trochę raju, bezkresnego lasu deszczowego...
 Przepiękna bujna zieleń i ludzie, którzy nie podejrzewają, że ich życie zmieni się i to bardzo.

 Film oparty na faktach autentycznych.
 Georges Brossard, entomologista
 spełnia życzenie /nie tak od pierwszego wejrzenia/ śmiertelnie chorego chłopca
 Davida Marenger, który pragnie zobaczyć błękitnego Morpho... 
I ganiają za tym motylem, choć sezon już dawno minął, o mało nie tracąc życia...
 A Morpho tak po prostu przyfruwa do Jany...

 Nathaniel Hawthorne napisała:”Szczęście jest jak motyl: kiedy usiłujesz je złapać, zawsze wymyka ci się z rąk. A jak cichutko usiądziesz, to może samo do Ciebie przyleci.”

 Po powrocie z deszczowego amazońskiego lasu nowotwór Davida zniknął! Nikt nie wie dlaczego przeżył...

 I takie jest życie, pełne niespodzianek, pytań bez odpowiedzi...


A to zarodek Morpho...



Zdjęcia z internetu.


wtorek, 21 sierpnia 2012

O czekaniu...


„ Ludzie zawsze gdzieś na siebie czekają, czy to na środku pustyni, czy w wielkim mieście.
 Gdy ich drogi się przetną, a spojrzenia spotkają, przeszłość i przyszłość tracą znaczenie.
 Istnieje tylko ta jedna jedyna chwila i niesamowita pewność, że wszystko, co na niebie i na ziemi, zapisane zostało tą samą Ręką.
 To Ona powołuje do życia Miłość i dla każdego człowieka, który pracuje, odpoczywa i szuka szczęścia na tym świecie, stworzył bratnią duszę.
 Bez tego straciłyby sens ludzkie marzenia” / Paulo Coelho/

A nasz płot oplotły takie kwiaty....



.... czekam na wyjazd do Polski... i będę      
  podziwiać jesień, spadające liście...,
 i niech trochę popada, bo to inny deszcz od tego w Kamerunie, inaczej pachnie.

piątek, 17 sierpnia 2012

O kocie z lasu....



Większość czytających mojego bloga ma kota. Często powtarzam, że każdy z nas ma „kota” na punkcie czegoś czy kogoś... ja mam „kota” na punkcie... dużo by wyliczać, ale także mam kota, a właściwie kotkę, która spodziewa się kociąt i kto będzie tatą naszych kociąt?
  Kot z lasu...? Przychodziły dwa, piękne po prostu! Nie wiem czy to domowe, które zdziczały czy taki prawdziwy; kot z lasu, jak ten na zdjęciach, zwany tutaj „chat tigre” czyli kot-tygrys.








Koty zachwycają mnie nie tylko niezwykła elegancją, ale przede wszystkim, że chodzą swoimi drogami. Kot, to również bogactwo kolorów. Koty przystosowują się do różnych warunków życia czego wyrazem jest jego ubarwienie, a pisząc to mam na myśli dzikie koty z lasu, z terenów suchych czy pustynnych. Dzikie koty mają różne kolory swojego futerka; od żółtawego, poprzez odcienie brązów, do ciemnoszarej barwy. Najciemniejsze są te, które żyją w lasach, jak ten nasz „chat tigre”. Koty muszą się kamuflować, aby przeżyć w lesie pełnym różnego rodzaju drapieżników.






Jak się znalazł pomiędzy misjonarzami, którzy mieszkają w Ayos? Myśliwi upolowali matkę i znaleźli dwa małe kocięta, które przyniesiono na misję. Tylko jeden się uchował. Bardzo trudno wytropić „chat tige” a jeszcze trudniej przystosować go do życia w warunkach misyjnych /śmiech/!






 Ten zachowany, uchowany i wychowany, przystosował się, choć jest bardzo nieufny względem obcych np. mnie, ale jak widać, zadziałał mój urok osobisty także na dzikiego kota, który spacerował po moich plecach, dał złapać swój ogon.






Jest jedna bardzo ważna różnica pomiędzy kotami z lasu a kotami domowymi – tyko koty domowe posiadły umiejętność MRUCZENIA! To największa kocia tajemnica, nad którą mądrzy tego świata rozmyślali, prowadzili i chyba jeszcze prowadzą badania. Do dzisiaj do końca nie wyjaśnili tej kociej zagadki, jak i czym mruczą koty, ani dlaczego to robią...






Po co kot mruczy i dlaczego?  Mruczy, kiedy go głaszczemy, kiedy śpi... Wszyscy powiemy, że mruczy, gdy jest zadowolony i tym samym daje informację, że jest uradowany z tego łaskotania za uchem i dobrego jedzonka. Co zadziwia..., kot mruczy także wtedy kiedy jest chory i myślę, że mruczy, aby siebie samego uspokajać własnym mruczeniem...
 






Nie da się ukryć, że mruczenie kota i nas wprowadza w spokój i jest jednym z powodów, dla którego mamy to fascynujące i tajemnicze zwierzątko w domu, które jest wielkim śpiochem i mruczadłem!







 Ta, oto kicia, o błękitnych oczętach jest przyjaciółką kota z lasu... Ciekawa jestem czy nasze kocięta będą mruczeć? Jak odziedziczą nie – mruczenie po tacie...?

niedziela, 12 sierpnia 2012

O rozmyślaniu...




Wakacje!
 W Polsce upały, a w Kamerunie rano zimno!
 W samo południe wiadomo..., jak w Polsce: leje się żar z nieba. Wieczory u nas przecudne.
 Niebo usiane milionami gwiazd, wszelkie świerszcze, cykady i inne rozpoczynają swoje nocne koncerty.
 U nas także wakacje... siedzę sama w domu,
 jak ten palec i... rozmyślam szczególnie wieczorami.
 Cami i Figa zajęte sobą, ganiają po wszelkich możliwych krzakach i trawnikach i dodają swoje szczekanie do nocnego koncertu.



 Tylko Tabaka, Pusy-Pusy, Kusy lub Kicia /nasza kotka, która na te wszystkie swoje imiona reaguje w zależności kto ją woła/ dotrzymuje mi towarzystwa. 
Mówią, że wakacje to czas leniuchowania..., ale jak ktoś sobie leży na plaży, wspina się na szczyt, wędruje po Bieszczadach, smaży kawał kiełbasy przy ognisku, odpoczywa na schodach, przy których rośnie dziki powój i podziwia gwiazdy, czy jak ja siedzi sobie wieczorną lub nocną porą na swoim rozległym tarasie lub na małym balkoniku... to zaczyna rozmyślać!



 Przeróżne są nasze
 rozmyślania i tak sobie myślę,
 że gdybyśmy wiedzieli choć trochę o rozmyślaniach prawdziwych naszych bliskich, nasze myślenie
 o nich zmieniłoby się i to bardzo!
 O czym ja nocną,
 wakacyjną porą rozmyślam?
 Całkiem przyziemny temat:
 o pająkach.
 Pająków u nas masa i nie będę pisać o gatunkach, rodzajach i życiu naszych pająków.
 Krótko pisząc pająków nie cierpię!
 I niech sobie mówią, że nie wszystkie pająki są groźne, że tkają przecudne sieci.
  Uganiam się za każdym, który wałęsa się po naszym domu lub wokół domu i w innych miejscach gdzie przychodzi mi spędzić noc lub dzień.
 Z pająkami różnie bywa. Dziwne mają upodobania, o łowach i ich pajęczynach dużo by pisać.
 Wczoraj natknęłam się na jednego z pająków dla jego nieszczęścia i ku mojemu dzisiejszemu nocnemu rozmyślaniu.
 Wiadomo co zrobiłam...
 Okazało się, że na swoim grzbiecie mama pająkowa miała swoje małe pajączki /bardzo dużo/, które rozbiegły się na wszystkie strony....

„Kiedy tylko cała rodzina przybyła do swego letniego domu położonego w górach, mama czteroletniej Jagody natychmiast wydała wojnę wszystkim mieszkającym nielegalnie pająkom, które rozsnuły swe misterne pajęczyny gdzie tylko było możliwe...


” Pajęczyna to zastygła w powietrzu wydzielina gruczołów, które mają niektóre stawonogi. Jest zbudowana z białek, konkretnie z włókien fibroinowych sklejonych serycyną.
 Co w niej takiego niesamowitego?
 Włókno o przekroju 1mm może utrzymać ciężar ponad 260kg. Równocześnie jest bardzo elastyczna. Może się rozciągnąć do 40 proc. swojej długości bez zerwania.
 Jest bardzo lekka.
 A przy tym powstaje w temperaturze pokojowej przy bardzo małym nakładzie energii.
 Mimo wielu badań dotychczas nie nauczyliśmy się produkować pajęczych sieci.
 Nie potrafimy skopiować tego, z czym pająki radzą sobie świetnie od milionów lat.

 A szkoda!

 Mosty mogłyby być lżejsze, wyższe i dłuższe.
 Wytrzymałość stali jest wielokrotnie mniejsza niż pajęczyny. Z pajęczych nici mogłyby być wykonane także ścięgna czy więzadła wszywane jako protezy ludziom sparaliżowanym czy tym, którzy ulegli wypadkom.
 Pajęcze włókno mogłoby być używane jako nici chirurgiczne.

 Przeprowadzono badania:
 z pajęczych nici stworzono siatkę, na której – jak się okazało – bardzo szybko rosną komórki nerwowe.
 Kilku owcom usunięto z uda sześciocentymetrowy kawałek nerwu. Następnie w to miejsce wszczepiono pajęczy implant.
 Po kilku tygodniach brakujący nerw się odtworzył, a rusztowanie z pajęczych włókien rozpuściło.
 Okazało się, ze pajęcze sieci są biokompatybilne, czyli nie wywołują alergii i reakcji obronnych organizmu...”


 – Nie zabijaj małych pajączków! - zawołała Jagoda. 
– A nie widzisz, jakie one są brzydkie? – odparła mama.
 – Ale dla swoich mam są najpiękniejsze!
 Tylko popatrz mamo! – Z błyskiem w oku opowiedziała Jagoda."

 I jeszcze o pajęczej sieci.

 „Najbardziej fascynujące jest to,
 że jedną z najdoskonalszych struktur w przyrodzie pająki budują... na wyczucie. Przecież nie są w stanie zobaczyć swojego dzieła w całości.
 Ba, część pająków w ogóle nie ma wzroku.
 Nie przeszkadza im to jednak stworzyć czegoś, do czego człowiekowi potrzebna byłaby matematyka wyższa. Albo nawet najwyższa...”

 Cóż, ta Mała Jagoda ma rację...

 Judyto, nie zabijaj pająków! No, spróbuję, ale dajcie mi trochę czasu... 

Być może nie potrafimy znaleźć w sobie zbyt wielu zalet..., ale zawsze dla kogoś na tym świecie jesteśmy ważni, piękni... ktoś nas kocha.

 Dzisiaj nocne niebo nad Doume jest niesamowite!
 Tabaka mruczy, aż miło i wszystkie odgłosy z dżungli tworzą jedną wielką orkiestrę, w której każdy gra i śpiewa co chce, a pomimo to, ta muzyka miła jest dla ucha!

 Hmm, iść spać czy posiedzieć jeszcze...?

 Posiedzę i porozmyślam, ale już nie o pająkach tylko o tym, że tak naprawdę mam do dyspozycji tylko chwilę obecną, bo następna godzina nigdy nie jest pewna...

 Dlaczego my Biali całą naszą energię wkładamy w zmienianie świata?

 „Jeśli jest góra, to trzeba ją usunąć, żeby wydobyć z niej jakiś minerał!
 Albo tę górę jeszcze nadbudować i zameczek postawić!

 Filozofia, mitologia i religia afrykańska mówią:
 zostaw świat takim jakim jest... skup się na świecie wewnętrznym a nie „lataj” z kwiatka na kwiatek i zacznij po prostu żyć w harmonii ze sobą i światem stworzonym, inaczej nigdy tak naprawdę nie będziesz szczęśliwy. Wszystko inne to tylko miraże...”

 Skąd tyle dźwięków w naturze...? Mówię Wam przepysznie dzisiaj u mnie! 

czwartek, 9 sierpnia 2012

O przysmaku, który mieszka w palmie...


Jak wszystkim wiadomo o smakach i gustach nie dyskutuje się..., ale jak nie dyskutować o tym, co w Kamerunie uchodzi za wielki przysmak? Ten przysmak mieszka sobie w pniu zbutwiałej palmy



 i zwie się, no właśnie jak?
 Po prostu Robak Tłusty, jak boczki upasionego prosiaczka! I ów Robak bardzo Tłusty przyrządzany jest na kilka sposobów!!! 


I ponoć najbardziej smaczny jest z rusztu! Potrzebujecie coś nieco na Wasze grillowanie, aby było bardziej oryginalne niż zazwyczaj? Nie jadłam i jeść nie będę choćby nawet wielki głód nastał... no nie wiem, może tylko wtedy kiedy wielki głód nastanie.../ śmiech/

niedziela, 5 sierpnia 2012

O rodzinnych wakacjach....


 Wakacje jeszcze trwaja… Do ręki wpadł mi artykuł pani Agaty Puścikowskiej...

” Sytuacja pierwsza.

 Rodzina: tata, mama i dziecko ma wyjechać na kilkudniowy wypoczynek. Powiedzmy w sobotę. Tydzień wcześniej rozpoczyna się gorączkowe przygotowanie. Żeby tylko zdążyć.


 Lista potrzebnych rzeczy niby rozpisana miesiąc wcześniej. Ale licho wyjazdowe, jak wiadomo nie śpi.
Więc wózek spacerówka, więc wózek głęboki, na wypadek gdyby wiatr wiał silny. Wanienka też konieczna. I tona co najmniej środków higieniczno-pielęgnacyjnych.
 Samych kremów z filtrem pewnie sześć, bo co będzie, jak się potomek na któryś uczuli? Coś koło środy nerwowe pakowanie ubranek. Ściśle według poradnika dla dobrych mam: pięć koszulek z długim rękawem, cztery z krótkim, spodenki, rajstopki, czapeczek tylko trzynaście – żeby przesady nie było...
 Piątek. Wypada sobie i coś z ubrań zabrać. Ale czy się w samochodzie zmieści? Sobota. Po 4 godzinach stresowego biegania, znanego jako rodzinna reisefieber, wszystko się zmieściło. Nawet dziecko. Które akurat doszło do wniosku, że jest głodne. I wyje. Rodzice siwieją na cito. Te podróże z dziećmi...
 Kolejne 7 godzin w samochodzie /z przepisowymi postojami co godzinę, jak napisali w poradniku dla dobrych mam/ i rodzina jest na miejscu!!! Chwila radosnego oddechu aż 100 km od domu! Tylko chwila, bo okazuje się, że dokumenty zostały właśnie w nim...


 Sytuacja druga.

 Rodzina: tata, mama, troje dzieci i czwarty pies ma wyjechać na tygodniowy urlop. Powiedzmy w sobotę. Więc rano w sobotę coś około 10,00, mama rzuca hasło: pakowanie.
 Po pół godziny tata wnosi dwie pełne walizki do samochodu. Wyjazd o 11,00. Po drodze zwiedzają zamek w Nidzicy, nawiedzają Gietrzwałd.
 Dzieciaki nawet grzeczne: czytają, grają w karty. Gorzej z psem, ale stara się...
 A gdy zaczynają marudzić, dostają propozycję podróży piechotą. I nie korzystają z niej.
 Siedem godzin i 500 km od domu! Radosna chwila wyjazdowego oddechu!


 Nie wolno porównywać, bo każda rodzina to inny świat!?
 A to są dwie, tak zupełnie różne rodziny!?
 A kto powiedział, że dwie? Jedna i ta sama rodzina!
 Tylko kilka lat później!!!
 Tak. Stanowczo podróże /rodzinne/ kształcą. Rodziców...”

Sytuacja trzecia afrykańska.

 Ktoś się dowiedział, że siostra jedzie do stolicy już za chwilę, /są wakacje.../ i już za chwilę stoi przy samochodzie dziecko w krótkich porciętach z koszulą założoną na bakier i jakimś tobołkiem w ręku.
 Siostro, proszę zostaw go w Ayos. Ktoś będzie na niego czekać? – pytam.
 On wie gdzie ma iść – odpowiada mama.
 Chłopczyk ma może 7 lat a Ayos to spore miasto..


 Czwarta sytuacja także afrykańska.

 Jadę sobie i pośpiewuję,
 ktoś macha ręką, aby go gdzieś podwieźć.
 Zatrzymuje się. Widzę nie jednego człowieka a trzech,
 nie jeden tobołek a kilka..., a dałabym sobie głowę odciąć,
 że była tylko jedna osoba a bagażu żadnego.
 I co miałam zrobić? Zabrałam,
 jechali do rodziny na wakacje, a że śmierdziało mi całe 300 km maniokiem to rybka z tym, że ci z pierwszej opowieści  zapomnieli dokumentów!

  I co Wy na to?


  Ja przypomniałam sobie moje dawne rodzinne wyjazdy... Dobrze, że urodziłam się o kilka dziesiątek lat prędzej i dlatego nasze rodzinne podróże są niezapomniane!
 Niedługo wyjeżdżam do Polski i muszę się spakować... , ale o pakowaniu walizki /mojej misjonarskiej/ następnym razem... i jak zwykle nie wiem, jak się do tego pakowania zabrać...!!!
 I mogę powiedzieć, że będzie to, piąta sytuacja:
 Judyta jedzie na wakacje do Polski...



 Do Polski trzeba mi odlecieć samolotem, bo nikt nie podejmie się pchać mnie do Europy na taczce...?! Ile to byłoby czasu, przez pustynię i inne wertepy...