sobota, 30 marca 2013

Zmartwychwstanie...


...a zima trzyma,
 ale wiosna już przenika zaciężny kamień,
 który zalega jeszcze...,
 nasunięty przez spolegliwe żołdactwo,
 na świadectwo śmierci Jezusa i Kościoła.
 Noc rozdarcia, popleczników i kuglarzy za nami.
 Przed nami poranek w słońcu.
 Skowronek tuż, tuż,
 i wiosna pełna tego, co nowe w nas,
 i Jezus, który przechadza się przez nasze małe historie,
 w których zadzieramy nosa,
 i w których zdzieramy buty i serca...


 Życzę Świąt pełnych odpocznienia w Tym, Który jest,
 Który był i Który JEST.
 Dziękuję i pamiętam na wszelki sposób.
                                                                               Siostra Judyta

piątek, 29 marca 2013

Jezus na krzyżu umiera…



My, mali ludzie cośmy do ostatka
Stojąc u krzyża na cuda czekali
Cośmy uciekli, głowy pochowali
 I każdy sobie gębę ręką zatkał
Już nie będziemy o cudach gadali

 My, mali ludzie cośmy do ostatka…

My, mali ludzie w strachu czekający
Że przyjdą także po nas i na krzyż przybiją
 Uciekaliśmy od kobiet płaczących
Zapomnieliśmy Jana wraz z Maryją
Bo się nam powróz zacisnął pod szyją

 My, mali ludzie w strachu czekający

My, mali ludzie cośmy uwierzyli
Że Ty przemienisz biedę w chleb i wino
Zobaczyliśmy Twoje ciało sine
Zamiast zwycięstwa octu się napili

My, mali ludzie cośmy uwierzyli

Jak ciemno, mroźno jest przy Twoim grobie
A dla nas domy jak groby stawiają
Ty leżysz martwy kiedy nas ścigają
I gdzie Twe wino i chleb nie odpowiadasz
Kiedy uczniowie Cię właśnie zdradzają
Jak ciemno, głucho jest przy Twym grobie
Ach, każdy się przemieniał innych dotykając
I zasiedliśmy jak dzieci spłoszone
 Do spóźnionej wieczerzy
 w betonowych domach

 Bo On był
Czekał w każdym – kiedy to poznamy
Że jest w twarzach przyjaciół,
 z którymi czekamy 
                                                                           
                                                                                    /Ernest Bryll/





P.S
Ludzkie cierpienie i krzyż jest zawsze tajemnicą…
Uczę się cierpienia i wiem, że jest ono częścią dorastania i wymaga więcej odwagi niż śmierć…
Wierzę Chrystusowi, wierzę Marzenie, wierzę Markowi, wierzę Karolinie, wierzę wielu innym, którzy przechodzą przez tygiel cierpienia i wszystkim tym, którzy wiedzą, że śmierć jest już blisko…
Nie wierzę tym, którzy mówią piękne słowa i wyrażają opinie, jak powinno się cierpieć i umierać, jak wzniosłe jest cierpienie i wszystko z nim związane…, nie wierze im…, bo ich cierpienie i związany z tym krzyż jest tylko w ich głowach i pobożnych myślach…
Żeby zrozumieć, pojąć tę tajemnicę trzeba samemu doświadczyć cierpienia i krzyża…, ale jeszcze i to nie do końca rozwiązuje tę tajemnicę, “bo istota cierpienia jest nie do poznania, chociaż jest nam wszystkim wspólna”/Parmenides/
I jedynie Jezus daje odpowiedź…


wtorek, 26 marca 2013

O Zajączku…

Z czym kojarzy się Wam Wielkanoc?
 W moim rodzinnym domu od Wielkiego Czwartku były już Święta. Wiadomo, zostały do upieczenia mazurki, babki i pozostałe frykasy wielkanocne, ale we wszystkich pomieszczeniach czuło się zapach wiosny, nowego życia... i czegoś, co wymykało się zmysłom...
 Bez czynnego udziału w Triduum Paschalnym Święta Wielkanocne nie miałyby najmniejszego sensu...Tajemnica, zwycięstwo dobra nad złem, jasności nad ciemnością, życie potężniejsze od śmierci...

 Nasze polskie wielkanocne obyczaje są kultywowane od wieków.
 I tak w Wielką Sobotę, która jest oczekiwaniem na Zmartwychwstanie spoczywającego w grobie Jezusa, szłam jako dziewczynka, a potem dorosła panna do kościoła z koszyczkiem.
  I to z jakim koszyczkiem!


W nim powinno znajdować się siedem symbolicznych pokarmów.
 Chleb, który symbolizuje dobrobyt i pomyślność, oraz Ciało Chrystusa. Jajka, symbol nowego życia i płodności.
 Sól, która uważana jest za życiodajną i chroniącą pokarmy przed zepsuciem.
Chrzan, symbol siły i zdrowia. 
 Wędliny, które są symbolem płodności, dostatku i zdrowia.
Mala babka drożdżowa, jako świadectwo umiejętności kucharskich gospodyni domu.
 Na sam koniec w koszyczku powinna się znaleźć figurka baranka, symbolizująca umęczonego Chrystusa.
 Cóż, nasze czasy są inne i nie oznacza to, że są złe...
 Nie brak nam wędlin i ciast przez cały rok i dlatego nasz wielkanocny stół nie różni się wiele od tego codziennego...
 To, co go wyróżnia od innych dni w roku, to ciasta pieczone na tę specjalną okazję: mazurki i baby!

 Mazurki
 mają orientalne pochodzenie i zawdzięczają swoje bycie na naszych stołach Turkom, z którymi prowadziliśmy wojny, a potem układy i handel. I tak to, na nasze stoły trafiły wszelkie słodycze i bakalie, w których gustowali Turcy i inne ludy Orientu.


 A z babą,
 która ma w sobie rodzynki i oblana jest polewą czekoladową, białym lukrem lub obsypana cukrem pudrem było tak...
 Jedni mówią, że tenże wypiek to polska specjalność.
 Z ciasta drożdżowego z dużą ilością jajek wyrastały baby nawet do wysokości pół metra i nie bez przekory mówi się, że były podobne do wyglądu kolistych i pofałdowanych spódnic, które nosiły niegdyś kobiety polskiej wsi w święta oraz w niedzielę.
 Inni mówią, że drożdżowe babki to specjalność Litwy i Białorusi i za sprawą unii, która połączyła Królestwo Polskie i Wielkie Księstwo Litewskie i dzięki tej unii baby przywędrowały do nas.
 Co by nie mówić i pisać, wojny, unie i podróże przyczyniły się do menu
 polskiej kuchni /śmiech/!


  Na wielkanocnym stole nie może zabraknąć pisanek... 
Hmm, kto dzisiaj „pisze” czyli ozdabia woskowym wzorem jajko i potem zanurza w barwniku? 
Na naszych stołach królują kraszanki – jajka zabarwione na jeden kolor, gładkie bez wzorów. Wierzono, że pisanka przechowywana w domu przynosi szczęście, chroni dom od nieszczęścia i klęsk przyrody.
Im starszą pisankę przechowywano w domu, tym skuteczniejsze było jej działanie...


 I na koniec o Zajączku...
 Od zawsze pamiętam, że Zajączek zostawiał, jakby po drodze, same dobre rzeczy... Mojego pierwszego zajączka, miałam może cztery lata, znalazłam pod stołem, a właściwie pod dwoma stołami i do dzisiaj nie wiem, jaki talerz z mnóstwem kolorowych jajeczek był mój, a jaki mojej siostry Hani...
 Były równe, ale ja nie mogłam się zdecydować...
 Najpiękniejsze szukanie zajączka było na wsi, która wiosną jest przepiękna!

 Po śniadaniu wielkanocnym brat, siostra i ja wyruszaliśmy
 na poszukiwania...
 Różnie to było:
 i w śniegu, i w słońcu, i w deszczu, ale nic nas powstrzymać nie mogło...
 I ile razy lały się łzy, bo nie można było znaleźć prezentów, bo nasze włości były duże.
 Wystąpiliśmy razu jednego z petycją do Zajączka, że przygotujemy specjalne gniazda wyściełane trawą i tym, co nam na myśl przyjdzie,
 aby pan Zając 
 nie musial się wałęsać po naszym ogrodzie, sadzie..
 Wysłuchal nas...
 Pewnej Wielkanocy zastaliśmy nasze gniazda... puste!
 Tata powiedział, że pewnie Zajączek bardzo się śpieszył i zostawił niespodzianki gdzie popadło, i znów było szukanie...
 W tym roku Zajączkowi nóżki zmarzną, ale myślę, że nie zapomni o dużej już Judytce /śmiech/!

 A u Was, bywał i będzie tego roku Zajączek?






 I zostaje Lany Poniedziałek...
  Wiadomo woda się leje! Najbardziej pamiętliwy Śmigus Dyngus...?
 Chyba ten, w którym nie darowano mi i z całą premedytacją zostałam śmigusowo zanurzona w wannie z woda... O wiadrach z wodą i śmigusie prosto z węża ogrodowego nie wspomnę!


Na wszelki wypadek warto miec przy sobie parasol i kalosze, gdy ktoś nie chce zakosztować deszczu z wiaderka... Hmm, nie jestem pewna czy uchroni to Was przed tym szaleństwem /śmiech/!



                                                                                            /zdjęcia nie moje /

niedziela, 24 marca 2013

O Niedzieli Palmowej...

Niedziela Palmowa w Kamerunie, to tradycyjna procesja z palmami, prawdziwymi palmami, których tutaj dostatek.
 O tej porze roku wszystko się zieleni, bo nastala afrykańska wiosna... Radosne „Hosanna” wyśpiewywane jest przy dźwiękach tradycyjnych instrumentów muzycznych, jak balafony i bębny, i słychać je było dzisiaj w najdalszych zakątkach kameruńskiego buszu...
 W Kamerunie, w Polsce i w innych miejscach świata, Niedziela Palmowa jest bramą wprowadzająca nas w Wielki Tydzień...








P.S
Podczas Niedzieli Palmowej została poświęcona nowa kaplica... Poświecenie palm jeszcze w starej wiacie, która służyła jako kaplica i procesyjne przejście do nowej świątyni...
Nie byłam dzisiaj w Kamerunie /śmiech/!
Zdjęcia archiwalne, jakby ktos dociekał...









piątek, 22 marca 2013

O czasie odnowy...

Pomimo śniegu, przymrozku czuję wiosnę wszystkimi swoimi zmysłami... 
 I tak sobie myślę, że wiosna przycupnęła za rogiem i przygląda się ostatnim tanecznym krokom, które czyni zima.
 Wiosna, nie chce zimie robić przykrości, rozumie ją, ale ile można siedzieć za rogiem i przyglądać się i na wiosnę czas, aby rozpoczęła swój taniec życia i radości...


Zastanawialiście się kiedyś nad tym, skąd się wziął termin
 Wielki Post?
 W języku angielskim „Wielki Post” określa się słowem „Lent”. Słowo „Lent” pochodzi od staroangielskiego słowa „lencten”, które oznacza czas wiosny. Wielki Post zazwyczaj przypada na porę wiosenną. Każdy z nas ten czas wiosenny łączy z czymś nowym... Nowa trawa, liście i kwiaty ze swoimi  bajecznymi kolorami, to nowe oblicze ziemi w kolejnym roku.
 Wiosna, to czas sprzątania domu, ogrodu i jest to czas podejmowania decyzji, co zrobić, co wyrzucić, co zasadzić... Odnowa, czas sadzenia i wyrywania z korzeniami...
 Jako ludzie, nie tylko ci, którzy są chrześcijanami, poszukujemy wzrostu naszego człowieczeństwa, przeglądamy nasz sposób życia, nasze wartości i nasze działania po to, aby upewnić się, że jesteśmy na dobrej drodze, drodze życia a nie śmierci...

 "Bądź swoim przyjacielem, a potem krytykiem" - Przyjaciel  afirmuje w nas wszystko, co jest w nas dobre, i próbują zrozumieć nasze ograniczenia i zmienić z nami to, co jest złe...

 "Bądź „właścicielem”, a nie „obwiniaczem” - Właściciele biorą pełną odpowiedzialność za swoje życie i nie przerzucają odpowiedzialności za swoje życie i czyny na jakąś inną osobę, miejsce lub rzecz...

 "Dziel się z innymi, a nie zatrzymuj wszystkiego dla siebie" - Rzeczy, którymi dzielimy się z innymi, w jakiś sposób są pozbawione mocy ranienia nas...

 "Przebaczaj, a nie zachowuj urazy" -  Najpewniejszym sposobem prowadzącym do tego, by stać się niewolnikiem, jest odczuwanie urazy do drugiej osoby. Przebaczenie nie tylko uwalnia drugą osobę od długu wobec nas, ale także uwalnia nas...

 „Raduj się życiem, a nie tylko je znoś” -  Jesteś w stanie zrobić na końcu każdego dnia listę przyjemnych wydarzeń...?  Jeśli nie, to musiałeś nie zauważyć wielu przyjemności życia: widoków, dźwięków, smaków, ludzi, uśmiechów...

 „Umieść modlitwę w centralnym miejscu swojego życia” - Najtrudniej jest żyć samemu..., ale gdy w materię naszego życia zostanie wpleciona taka rozmowa, jaką jest modlitwa, to wtedy przestajemy już mówić i myśleć tylko o sobie... Modlitwa wprowadza w nasze życie pokój, moc i namacalną obecność Boga...

  Cóz, życie funkcjonuje dobrze, gdy nad tym pracujemy.

                                                               /źródło: John Powell SJ/



P.S
Czas Wielkiego Postu, to czas przypomnienia, że mamy duszę, o którą trzeba zadbać... Czas dla siebie, dla swojej duszy, dla wzrostu naszych najlepszych cech, jest czasem permanentnym czyli takim, który nigdy się nie kończy... W naszym czasie mamy jednak specjalne czasy, jak czas rodzenia, przebaczania, miłości, cierpienia, powrotów, ucieczek... i wszystko to przyczynia się do naszego wzrostu... nie przegapmy czasu, który jest nam dany, bo ten właśnie czas nigdy więcej nie wróci...

/zdjecia nie moje/

wtorek, 19 marca 2013

O łóżku…

Dwie rzeczy w życiu człowieka są bardzo istotne:
 dobre łóżko i wygodne buty!
 Jesteśmy bowiem albo w butach albo w łóżku /śmiech/!
 Ja, jeszcze bardziej i częściej jestem w butach... choć łóżko po piątej chemii rzucało na mnie uroki i wciągało, i w końcu wciągnęło mnie na trzy dni... i dziękowałam Opatrzności Bożej, że je mam, że ktoś wymyślił łóżko... 
I jestem pewna, że w każdym domu łóżko, to jeden z najważniejszych mebli, na którym śpimy, czytamy, odpoczywamy, leniuchujemy... i w tym łóżku leżymy przez prawie jedną trzecią życia.
 Od zarania dziejów łóżko jako takie nie towarzyszyło człowiekowi,
 ale towarzyszyło mu od zawsze miejsce do spania. I  tak pod drzewem, w jaskini, szałasie, jurcie czy w wigwamie musiał być kąt do spania. Niezależnie od tego czy była to jaskinia, chata z gliny sypialnia była najważniejszym pomieszczeniem i tak zostało do dzisiaj...
 Pierwsze łóżko do spania zapewne było zrobione z gałęzi, wysuszonej trawy, może ze skór zwierzęcych, które układano bezpośredni na podłożu. Potem była deska, a na końcu materac, który do dzisiaj przechodzi swoją ewolucję, bo chcemy jak najwygodniej spać i nie tylko..., bo sen jest rzeczą niezwykle ważną.
 Każdy z nas wie, jak się czuje i funkcjonuje po niewyspaniu...
 Powodów niewyspania może być mnóstwo, ale najgorszy powód,
 to zły materac /śmiech/!
Egipcjanie spali na liściach palmowych, oczywiście nie wszyscy. Faraon Tutenchamon miał łoże z drzewa hebanowego i złota...
 Ciekawe czy jego syny były bardziej bajeczne od snów tych, którzy spali tylko na liściach palmowych.
 Najważniejszy w łóżku jest materac i tenże materac, jako pierwsi, wymyślili Rzymianie. Wypchany był trzciną, słomą, wełną lub pierzem...

Co by nie powiedzieć o łóżku, sypialni, to przede wszystkim sfera naszej prywatności. Często jedyne miejsce w domu, które jest wyłącznie nasze... I jak smakuje śniadanie w łóżku... wiecie?


 Mówią, że w łóżku spędzamy większą część życia dodając,
 tę lepszą oczywiście.
 Nie wiem czy do tej lepszej części życia w łóżku można zaliczyć chorowanie... Nie narzucam się za bardzo /jeszcze/ mojemu łóżku ani ono mnie... Choć muszę się Wam przyznać, że kusi mnie, rzuca się na moje oczy...
 Nie gardzę odsypianiem mojej uświęconej sjesty, bo to dla zdrowotności /śmiech/!

Zwalił mnie z nóg zastrzyk, który zrobiono mi dobę po kolejnej chemii. Pierwszy otrzymałam po czwartej chemii, ale skutków odczuwalnych nie było i jakie było moje zdziwienie, że tym razem są...
 Spadają w moim organizmie białe krwinki krwi i tenże specyfik miał pobudzić szpik kostny do szukania odpowiednich minerałów i temu podobnych w kościach... Nie wiedziałam, że mam tak dużo różnych większych i mniejszych kosteczek... bolały mnie wszystkie, jakby ktoś z nich coś wyciągał... 
 I w ten sposób moje osobiste łóżko było okupowane przez trzy noce i dni... aż w końcu się zbuntowałam i wstałam.
 Każde wejście na moje Aleje Jerozolimskie /mój pokój/ było poddawane próbie... Łóżko w tym dniu nie zostało zasłane więc moje oczy, chciały czy też nie, wpatrywały się w to miejsce odpoczynku...
 Moje "ja" z lustra mówiło za każdym razem:
 połóż się, taka słaba jesteś, masz prawo, zamkniesz oczęta, kołdra cię otuli, w końcu zaśniesz, zapomnisz o Bożym świecie
 i wszystkich smutkach i takie tam inne dyrdymały....
 Walczyłam dzielnie... do południa i w końcu poddałam się temu wciąganiu... i odpoczęło moje ciało i głowa także... I żałowałam tylko jednego: moich codziennych spacerów, ale za to było śniadanie do łóżka...



P.S
Cóż, dni, tygodnie i miesiące mijają... leczę się, a to leczenie jest destruktywne. Może i pomaga, ale i przyczynia się np. ostatnio do tego, że brązowieją mi paznokcie, odkłada się limfa na przedramieniu, przez którą jestem zmuszona do noszenia specjalnego rękawa, nie przez miesiąc lub dwa... tylko do końca... ,trzeba poddać się drenażowi przedramienia, nie raz... i inne rzeczy, które stały się czymś normalnym, bo czas robi swoje, a z drugiej strony nie...
Co tam ciało, które widać, a jednak ma ono wpływ  na moje „ja”. Moje „ja” ma wiele wspólnego z ciałem, bez niego nie istnieję między żywymi. Gdybym zaczęła odrywać sobie po kolei palce, żaden z nich nie byłby moją dłonią, a sama dłoń szybko przestałaby nią być... Po operacji obudziłam się z brakiem pewnych widocznych kawałków, które stanowiły mnie... Jestem złożona z wielu kawałków, z których żaden nie jest naprawdę mną więc dlaczego tak mi szkoda tych paznokci...?
Spoglądasz w lustro i nie wiesz kto na ciebie czasami patrzy...
A co się dzieje w ciele, którego nie widzę? Muszę jeszcze trochę poczekać, aby zobaczyć co dzieje się w środku... Jeszcze trzy chemie z pierwszego rozdziału mojego leczenia i przypatrywanie się sobie z tej innej strony, której nie znałam...

    ” Żeby przeżywać życie, trzeba widzieć w nim sens.
 Żeby chcieć rano wstać z łóżka, trzeba widzieć w tym jakiś cel”.

Póki co, jeszcze widzę i częściej chodzę w butach niż leżę w łóżku...

niedziela, 17 marca 2013

O poszukiwaniu wiosny...

Nie znalazłam wiosny... znalazłam zimę.... i lampę








P.S
Pod tą lampą nic nie znajdziesz i nie rozświetli drogi w ciemności...
Czeka także na wiosnę...

piątek, 15 marca 2013

O głodnych…

W dzisiejszym świecie, choć często się do tego nie przyznajemy, poruszają nas głód, krzywda dzieci, niesprawiedliwosc społeczna i chyba także skupianie się tylko na własnych problemach.
 Liczba głodujących na świecie ciągle wzrasta. Statystycznie, co 12 sekund na świecie z powodu niedożywienia umiera jedno dziecko. W 2009 roku liczba głodujących przekroczyła 1 miliard. Łatwo obliczyć; na 7 miliardów ludzi żyjących na świecie co 7 osoba głoduje.


 Dawniej, jak przychodziła jakaś plaga czy zaraza, mówiono, że dziesiątkuje ludzi. Co 10 człowiek ginął.
 W XXI wieku, który szczyci się tym, że może sklonować człowieka, że może począć nowe życie poza organizmem kobiety, że może przeszczepić serce, że w kilka sekund wiadomość dotrze z jednego krańca ziemi na drugi... I przy tym wszystkim mamy super plagę głodu, bo co 7 człowiek cierpi głód. I ten głód jest najpoważniejszym i nierozwiązanym  problemem dzisiejszego świata.
 Do śmiechu doprowadzają niezliczone konferencje naukowe poświęcone zwalczaniu głodu przez które bogaci tego świata chcą się usprawiedliwić..., ale to są tylko pozorne zabiegi, które problemu nie rozwiązują, bo bogacze nie chcą podzielić się tym co posiadają.
 Tych najbogatszych na świecie jest tylko 24 miliony, co stanowi 0,5% ludności świata.


 W swoich rękach posiadają 65% bogactw ziemi i pieniędzy. Reszta ludności świata czyli 99,5% posiada tylko 35% bogactw ziemi.
 Wszystko tłumaczy się magicznym słowem „kryzys” i nikt nie bierze za to odpowiedzialności. Tymczasem za kryzysem kryją się konkretne osoby... Kiedyś w Nowym Jorku zapytano Sorosa, właściciela wielkich banków:
 - Ile pan stracił na kryzysie w Indochinach?
 Odpowiedział: - 10 miliardów dolarów.
 – A ile pan zarobił?  Odpowiedział: - Dziesięć razy więcej.



 Można powiedzieć, że dzisiaj największym przewinieniem wobec głodujących jest obojętność. Ile to razy mówimy: niech zrobią to inni. Bogacze niech się podzielą. Niech państwo, niech Unia Europejska da im żywność, bo ja sam niewiele mam...
 Matka Teresa z Kalkuty mówiła:
 „Nikt z nas nie jest tak biedny, by nie miał się czym podzielić z bliźnim”.
                                                                         /zrodlo: "Apostoł"/



 „Byłam smutna, kiedy ta kobieta w za ciasnym płaszczyku, z odrostami podeszła do mnie. Właśnie wkładałam do bagażnika pełne reklamówki. Zanim zaczęła mówić, wiedziałam, że dam jej parę złotych, bo głupio mi było powiedzieć „nie”.  Ja tu ładuję pełne siaty, a ona nie wygląda na kogoś, kto z trudem domyka pełną lodówkę.
 Nawet nie słuchałam, co mówi /jej syn narobił długów i.../. Wyjęłam niewielki banknot, skupiona na swoich sprawach. Kiedy kobieta schowała pieniądze, powiedziała: „Widzę, że pani jest smutna. Nie można tracić nadziei, to najważniejsze”.
 Popatrzyłam na nią i zobaczyłam oczy, które MNIE WIDZIAŁY!
  Poczułam kluchę w gardle i przestraszyłam się, że za chwilę popłaczę się przed tą prosząca mnie o pomoc /?!/ kobietą.
  No i która z nas była potrzebująca?!
  Tego nigdy nie wiemy, dlatego, by dostać to, czego potrzebujemy, pomagajmy innym. Wtedy dzieją się cuda. 
                                                                          /Beata Pawłowicz/.



P.S
Jałmużna  - datek dla biednych i potrzebujących...
W tradycji rabinicznej znane jest powiedzenie, że świat stoi na trzech filarach: na studium Tory, na kulcie Boga i na dobrych uczynkach.
Św. Mateusz w swej Ewangelii pokazuje także trzy filary nauki Chrystusa: jałmużnę, modlitwę i post. Jałmużna, o ile jest darem serca, jest lekarstwem na chorobę ducha... Jest darowaniem drugiemu człowiekowi tego, co potrzeba w odpowiednim czasie, dobrych rzeczy z dobrego serca.... Ja ciągle się tego uczę... 
I co dziwne jałmużna jest przed modlitwą i postem... Bo co z tego, że będę modlić się w zaciszu kościoła, ciepłego domu za głodnych, może i zrezygnuję z czegoś... I jeśli przejdę obojętnie obok kogoś naprawdę potrzebującego, kto wymaga więcej serca... to na co przyda się moja modlitwa i mój post???
Nie trzeba być wierzącym, aby pomagać biednym. Wszyscy, niezależnie od naszego światopoglądu jesteśmy do tego wezwani na mocy naszego człowieczeństwa...

środa, 13 marca 2013

O jabłku…


Mówią, że dwa jabłka dziennie pozwalają zachować zdrowie i urodę, a także odpowiednią ilość witamin.
 Jak może być inaczej, jeśli jest ono obecne w naszej kulturze od zarania dziejów. Można powiedzieć, że jest to owoc o najbardziej burzliwej, ale równocześnie najbogatszej historii oraz wielkim znaczeniu symbolicznym dla ludzkości.
 Nie chce rozwodzić się nad wieloma aspektami tegoż jabłuszka, ale jak zaczęłam to trochę wspomnę...
 Ponoć pierwsza jabłoń została stworzona przez boginię ziemi – Gaję, a złote owoce rosnące w ogrodzie strzeżonym przez Hesperydy i smoka o 100 głowach były źródłem nieśmiertelności. Czerwone jabłka są symbolem bogini miłości – Wenus.
 I co by o jabłku nie powiedzieć jest ono postrzegane jako symbol życia, zdrowia, płodności,  długowieczności i nieśmietelności.
 Niesłusznie jabłko kojarzone jest z pokusą, pożądaniem, grzechem i zdradą. Biblia mówi o owocu zakazanym jednak nie wskazuje gatunku... Biedne jabłko...
 W łacinie słowo „jabłko” jest identyczne ze słowem „zło” więc jabłko, krótko pisząc, padło ofiarą /śmiech/. 
Któż z nas nie zna polskiego przysłowia: 
„Niedaleko pada jabłko od jabłoni”... 
czyli dziedziczymy wiele skłonności i cech charakteru po rodzicach.
 Ostatnio często wspominam mojego Tatę... Hmm, co by o Nim nie powiedzieć, to byl po prostu mój Tata! Dzisiaj już wiem, że dopiero zimą można powiedzieć, które drzewa są naprawdę zielone i dopiero kiedy wieją przeciwne wiatry, można powiedzieć, czy człowiek jest odważny i nieugięty... 
W wieku 50 lat Tata miał operację, która skończyła się tracheotomią na stałe czyli do tchawicy została wprowadzona krótka rurka, która umożliwiała samodzielne oddychanie, ale przyczyniła się także
 do nowych, całkiem innych warunków życia...
 I tak oto zaczęłam poznawać inną stronę życia i osoby mojego Rodziciela. Pierwsze odwiedziny w szpitalu...
  
W sali dwaj panowie, mój Tata i pan - rówieśnik Taty. I co ujrzały moje oczęta? Tata ogolony, uczesany, z uśmiechem na ustach i iskrą w oku, która mówiła wszystkich zebranym: coście przyszli zobaczyć?
 Pan, współlokator z takim samym schorzeniem, leżał na łóżku totalnie załamany. Specjalna aparatura do odsysania drzewa oskrzelowego przy głowie, córka pielęgniarka przemawiała do swojego ojca, że musi walczyć...
 Podczas tej pierwszej i nie ostatniej wizyty w szpitalu usłyszałam pierwszy i nie ostatni raz, jak później miałam się przekonać,
 słowa: - „ chodź, coś ci pokażę...”. 
Tata zaprowadził mnie do sali obok, w której znajdowali się młodzi chłopcy, którzy owacyjnie pozdrowili pana Stasia. Nie specjalnie mogłam zrozumieć o co Ojcu chodzi, ale w końcu się domyśliłam...
- Popatrz, powiedział, ci chłopcy mają taką samą chorobę co ja, a ich życie dopiero co się rozpoczęło. A wiesz, że na oddziale kobiecym są także takie przypadki! Możesz sobie wyobrazić kobietę, która będzie ograniczona i to bardzo w gadaniu...?
 Nie martw się, bo moja sytuacja nie jest taka zła...
  Za kilka lat doszły inne choroby, umarła żona mojego Taty a moja Mama w wieku 51 lat i Tata został sam w dużym domu nie godząc się na żadne przeprowadzki... Zgromadzenie przeniosło mnie bliżej domu rodzinnego, abym mogła w miarę potrzeby nawiedzać Tatę, spędzać z Nim święta...
 I tak pewnego wiosennego dnia  w Wielkim Tygodniu przyjechałam w rodzinne strony, aby spędzić z Tatą Święta Wielkanocne.
 Dom zastałam szczelnie zamknięty... Szybko dowiedziałam się, że stało się nieszczęście! Wczoraj Tata pracował u naszego sąsiada na wsi. Piłował drzewo i przy ostatnim klocku potknął się i piła ucięła mu palce od prawej ręki... Ręce mi opadły i jedyna myśl, która pojawiła się w mojej głowie: - Jeszcze tego nam brakowało!
 Z duszą na ramieniu pojechałam do szpitala myśląc co powiem, jak pocieszę... Tata powitał mnie z ręką na temblaku, starannie ubrany i z uśmiechem na ustach, bo zobaczył córkę zakonnice, którą wszystkim musiał przedstawić i opowiedzieć jakie ze mnie cudo...
 Prawie każdy Ojciec pierworodnej córki zna co kłębi się w jej głowie i co smucie jej serce...
 Więc usłyszałam: - Chodz, coś ci pokażę.
 Poszliśmy do sąsiedniej sali, w której na łóżku siedział pacjent oparty o wezgłowie tegoż łóżka. Tata zdrową ręką podniósł kołdrę przykrywającą chorego. I co zobaczyłam...
 Ów pan miał odcięte dwie nogi powyżej kolan.
- Widzisz, powiedział Tata, gdybym nie miał nóg to byśmy mieli problem...

Okazało się, że został w całości kciuk i połowa palca serdecznego.
 Tak więc kanapkę mógł sobie zrobić, a nawet obrać ziemniaki, bo mój Tata to była Zosia samosia... Choroby nie opuściły Taty... 
Paraliż, który częściowo ustąpił, ale został wózek, posługiwanie się chodzikiem, i ciągłe wynajdowanie rzeczy, które mógł robic chociaż częściowo sam. Gnałam jednego roku z Kamerunu do Polski nie planowo, bo Tacie chciano amputować nogę, a On się uparł, że nie da sobie odciąć tej nogi... Siostra była w rozpaczy...
 I stwierdziliśmy we troje, że noga zostaje! Nie było innego wyjścia, bo Tata stwierdził, że umrze z dwiema nogami i nie wyobraża sobie, aby mógł choć trochę przy pomocy chodzika nie pochodzić...
  Chyba tak do końca nie zdajemy sobie sprawy, jak nasi Rodzice, ich życie, poczynania wpłynęły na nasze obecne życie. Zastanawiamy się skąd mamy takie czy inne podejście do życia, choroby, do ludzi...
 Nie daleko pada jabłko od jabłoni...
 Z kim przystajesz takim się stajesz...
 Więc nasi przyjaciele, znajomi także mają wpływ na nasze postrzeganie rzeczywistości... Mój Ojciec, przynajmniej nie słyszałam, nie pytał dlaczego, nie narzekał na życie,  które doświadczyło Go dając do przeżycia różnego rodzaju choroby, przedwczesna smierc zony i syna, córka na końcu swiata...
Wstawał o stałej godzinie, wszystkie czynności miały swój rytm jak np. odsypianie swej uświęconej sjesty, spacerek na taras, wiadomości, kawa i ciasto... Jeszcze gorzej niż w klasztorze /śmiech/.
 Nigdy tego nie mówił, ale dzisiaj wiem, że zadawał Bogu trudne pytania, na które nie było odpowiedzi, a może otrzymał... 
Nie zostaje nic innego, jak zaufać, poddać się, opuścić miejsce kierowcy. Najtrudniej zrezygnować z naszego ego.
 Musi dotrzeć do nas prawda, że nic nie możemy zrobić bez Boga.
 A z drugiej strony pomimo zależności od Boga musimy mieć poczucie pewności siebie, wiary w nasze własne osobiste zdolności i dary, które zostały nam dane, i których trzeba używać i zrobić wszystko, aby sobie i innym pomóc... i mamy moc!
 A jeśli ktos nie wierzy w Boga, to niech zaufa matce naturze, bo ona także nie chce, abyśmy cierpieli. Życie jest zawsze po stronie życia... tylko z nami jest coś nie tak, żyjemy coraz bardziej wbrew naturze czyli przeciwko nam samym.
 Żałuję tylko jednego, że tak mało zwracałam uwagę na moc serca i ducha, i słowa, i gesty, i wszystko inne pisane między wierszami mojego Taty, Mamy i Brata, który odszedł mając tylko 35 lat...



P.S
Powspominałam trochę, ale tego popołudnia serce wymogło to na mnie...  Będąc w Kamerunie często rozmawiałyśmy o sytuacji kameruńskich dzieci, dziewcząt, rodziny... Nasz ks. Biskup przysłuchując się naszym dyskusjom kwitował to jednym zdaniem: gdybyście się urodziły w tym miejscu na ziemi zapewne wasze życie za bardzo by się nie różniło od tego, które widzicie i doświadczacie teraz... Trzeba wykorzystywać /w dobrym tego słowa znaczeniu/ dopóki mamy czas ludzi, którzy wokół nas, bo dzięki nim stajem się... i nie zapominając, ze dzięki nam inni także się staja...



/zdjęcia z internetu/


poniedziałek, 11 marca 2013

Dlaczego...?

„Dlaczego nie pisze się tak jak się mówi
 nie pisze się tak jak się kocha
nie pisze się tak jak się cierpi
     nie pisze się tak jak się milczy...

     pisze się trochę tak jak nie jest”

                                                                           ks. Jan Twardowski



P.S
I jak to jest z naszym pisaniem...?

sobota, 9 marca 2013

O pewnym kaktusie...

Napisałam ostatnio o fantazji..., że ci którzy ją mieli wyjechali z Kamerunu. Cóż, napisano mi, że nie wszyscy mający fantazją wyjechali z Kamerunu... Zostały niedobitki, zapracowane, ale z fantazją /śmiech/! Przysłano mi zdjęcie kaktusa...



 Ów kaktus rośnie sobie długo, ma na końcu swoich liści długi kolec i można rzecz, że cały czas przy jego korzeniu pojawiają się małe kaktusiki, które dalej można sadzić i mieć plantację tegoż kaktusa... Sadziłam, bo lubię kaktusy i te moje kaktusy zakwitły.
  Ze środka kaktusa wyrosła łodyga, która ma około 4 metrów, na której pojawią się przepiękne kwiaty... i kaktus po zakwitnięciu umiera...

Te same kaktusy, ale z mojego albumu.




P.S
Z życiem człowieka jest podobnie.
Żyje i często nie zdaje sobie sprawy, że jest przyczyną powstawania nowego życia we wszystkich jego wymiarach... I na końcu drogi trzeba jeszcze zakwitnąć... i umrzeć, jednak nie wszystkim się udaje.
Ciekawe czy zdążę... zakwitnąć, bo umrzeć raczej tak... 
Oj, to życie naprawdę jest PIĘKNE!