wtorek, 31 grudnia 2013

O złotej rybce….

A może tak przed końcem roku wypadałoby spełnić swoje trzy życzenia... Hmm, gdzie znaleźć, raczej złowić złotą rybkę?
 Są jeszcze gdzieś złote rybki spełniające życzenia?
 W dzisiejszych czasach ludzie potrzebują złotych rybek...?

  Nad piękne jezioro przyjeżdża pewien pan. Robi dużo hałasu swoją złotą limuzyną i nie wygląda na człowieka, który przyjechał łowić ryby. Wystrojony kosztownymi łańcuchami, pierścienie na palcach, w ręce kosztowna wętka i cała reszta.
 Siedzi sobie na złotym krzesełku, popala cygaro...
 Ptaki przestały śpiewać, patrzą przekręcając ptasie głowy raz w prawo, raz w lewo i... czekają.
 Po długim siedzeniu przy wędce poruszył się spławik. Wreszcie ryba! Powiedział sam do siebie rybak złoty!
 Patrzy, złowił złotą rybkę, ogląda ją z pogardą i już ma wyrzucić, kiedy rybka nagle się odzywa trzepiąc długimi rybimi rzęsami i mówi:
 - Poczekaj, a trzy życzenia?
 – No dobra, byle szybko – co chcesz?






P.S
Potrzebujemy złotych rybek czy raczej nie...?
Moje życzenia spełniają się i bez złotej.
A Wasze życzenia spełniły się tego roku?
„Istnieją dwa powody, które nie pozwalają ludziom spełnić swoich marzeń. Najczęściej po prostu uważają je za nierealne. A czasem na skutek nagłej zmiany losu pojmują, że spełnienie marzeń staje się możliwe w chwili, gdy się tego najmniej spodziewają. Wtedy jednak budzi się w nich strach przed życiem rzucającym nowe wyzwania, strach przed utratą na zawsze tego, do tego do czego przywykli.” /P.Coelho/
Czy prosiłabym złotą rybkę o zdrowie?
Prosiłabym raczej o moc ducha w przyjmowaniu tego nowego wyzwania, o wolność od choroby, bo nawet do kataru można być przywiązanym grubym łańcuchem...
Wiem jedno, że błogosławieństwo, na które się nie godzimy, z czasem obraca się w przekleństwo.
Dni w życiu nie są jednostajne... Życzę Wam, abyście zawsze pamiętali o tym, że kiedy czarne chmury zasłonią Wasze słońce trzeba, jak orzeł, przedzierać się przez te chmury i dać poznać innym, że słońce jednak nie gaśnie...   

niedziela, 29 grudnia 2013

O kolędowaniu...

W Rudniku nad Sanem mamy Dom Dziecka.
 W Boże Narodzenie dzieci z najmłodszej grupy przed snem śpiewają kolędę, która staje się kołysanką. 
Kołysanka kolędowa śpiewana jest przez Ciocię czyli siostrę zakonną każdemu dziecku. Znacie tę kolędę: Lulajże, Jezuniu, moja perełko... ,
 ale zamiast Jezuniu śpiewa się:
 lulajże, Antosiu, moja perełko,
 lulajże, najśliczniejsze świata słoneczko,
 lulajże, moje pieścidełko,
 lulajże, prześliczna oczom gwiazdeczko...
 Ostatnie dziecko ululane kołysanką kolędową i ciocia pomyślała, a właściwie miała nadzieję, że Małe Towarzystwo zasnęło snem ludzi szczęśliwych, a tu znad poduszki rozlega się zaspany głos:
 Ciociu, raz jeszcze Bartusiu...




P.S
Jedna z wychowanek została adoptowana i spędzała pierwsze Święta Bożego Narodzenia w nowej rodzinie. W czasie trwania świąt zadzwoniła nowa mama dziewczynki i chciała rozmawiać z siostrą, która była odpowiedzialna za Wandzię.
- Siostro, Wandeczka płacze i mówi, że źle śpiewamy kolędę „Lujajże, Jezuniu...”, i nie potrafi nam wytłumaczyć, jak trzeba ją śpiewać.
Jak śpiewacie tę kolędę w Rudniku?

                                Lulajże, Wandeczko, moja perełko,  
          lulajże, prześliczna oczom gwiazdeczko...

sobota, 28 grudnia 2013

O spotkanych ludziach...

                                      Człowiek jest zawsze niespodzianką.
                                      Otchłanią, którą można zgłębić.
                                      poznawać lub...
                                      ominąć.






P.S
Nie wiem, jak Wy, ale ja zdecydowanie, bez usprawiedliwiania... za często omijam. Można rozmawiać, patrzeć w oczy, nawet dobrze radzić, pisać długie listy, a jednak... omijać.

wtorek, 24 grudnia 2013

O drzewku...




Chciałabym 
 przygotować w tych dniach,
drzewko Bożonarodzeniowe
bardzo specjalne
 i zawiesić zamiast prezentów,
 IMIONA
 wszystkich moich przyjaciół. Tych z bliska
 i tych z daleka. Tych „od zawsze” i tych, których
   mam teraz.
 Tych, których widuję codziennie, i tych, których spotykam
 czasami.
 Tych, o których zawsze pamiętam i tych,
 o których często zapominam.
Tych stałych i tych niestałych. Tych z czasów
radosnych i tych z czasów trudnych. Tych, których niechcąco zraniłam,
 i tych, którzy niechcący mnie zranili. Tych, których znam
 głęboko, i tych których znam tylko z widzenia.
 Tych, którzy coś mi zawdzięczają i tych, którym ja zawdzięczam wiele.
 Przyjaciół cichych
 i przyjaciół ważnych. Dlatego wymieniam ich wszystkich, wszystkich przyjaciół, którzy
 przeszli przez moje życie. Tych, którzy czytają tę wiadomość i tych, którzy jej nie otrzymają.
 Drzewko z głębokimi korzeniami, aby Waszego imienia nikt nigdy nie wyrwał.
 Drzewa, które zakwitnie w przyszłym roku, przyniesie nam radość, zdrowie, miłość i pokój.
 Obyśmy dzięki Bożemu Narodzeniu mogli spotkać się na nowo dzieląc najlepsze życzenia
 nadziei,
dając coś
 ze szczęścia tym,
 którzy je całkowicie utracili.

RADOSNYCH ŚWIĄT







P.S
Zabieram Was na Pasterkę i oddam Bogu, który przychodzi w tę szczególną NOC, bo co innego mogę zrobić..., jak nie oddać Waszych radości, smutków Temu, któremu zawierzyłam swoje życie i zawierzam Wasze, bo nie znajduję
innego pomysłu na to życie tutaj i teraz...


                                         ..., bo u Boga droga
                                                  i masz tyle, ile dasz...



Zawsze, ilekroć uśmiechasz się do swojego brata i wyciągasz do niego ręce, jest Boże Narodzenie. Zawsze, kiedy milkniesz, aby wysłuchać, jest Boże Narodzenie. Zawsze, kiedy rezygnujesz z zasad, które jak żelazna obręcz uciskają ludzi w ich samotności, jest Boże Narodzenie. Zawsze, kiedy dajesz odrobinę nadziei „więźniom” , tym, którzy są przytłoczeni ciężarem fizycznego, moralnego i duchowego ubóstwa, jest Boże Narodzenie. Zawsze, kiedy rozpoznajesz w pokorze, jak bardzo znikome są twoje możliwości i jak wielka jest twoja słabość, jest Boże Narodzenie. Zawsze, ilekroć pozwolisz by Bóg pokochał innych przez ciebie, zawsze wtedy, jest Boże Narodzenie /Matka Teresa z Kalkuty/


Dziękuję za wszelkie przejawy życzliwości, życzenia... Zapewniam raz jeszcze: PAMIĘTAM, i pamiętać będę zawsze z UŚMIECHEM! 
Wasza Judyta

poniedziałek, 23 grudnia 2013

O ubieraniu choinki....

Wigilia, Boże Narodzenie… i choinka!
 Pogański to zwyczaj, ale ile daje radości!
 W moim rodzinnym domu choinkę ubierało się 24 grudnia rano.
 Co roku szata choinki była trochę inna, bo choinka także lubi się stroić i patrzy na modę /nie?/! 
Jaka była najpiękniejsza?
 Hmm, nie umie powiedzieć. Na ten czas była najpiękniejsza!
 Wczoraj dzieci z naszej parafii ubierały z rodzicami choinkę parafialną. Każde dziecko COŚ na choince pozostawiło, i tak wspólnymi siłami, została ubrana parafialna choinka!!!













P.S
Ktoś przyniósł pierniczki, aby przyozdobić choinkę... Powiesił, pierniczki dyndały na wietrze, ale za chwilę już ich nie było! Ile było rączek, które dyskretnie ściągały pierniczki z choinki... nie liczyłam /śmiech/! 
Wyglądały bardzo apetycznie. Zapewne poszłabym w ślady dzieci, gdyby nie aparat /śmiech/!!!
Wiadomo, że wiszące na choince łakocie są po to, aby je zjeść!!!

sobota, 21 grudnia 2013

O rybie....

Zastanawialiście się dlaczego na wigilijnym stole nie może zabraknąć ryby. 
Wigilia bez ryby...?
 Karp po żydowsku, śledź w buraczkach, ryba w galarecie, i łosoś marynowany,
 co tylko chcesz!!!
 Nie ważne, jak podana, ważne, aby była!
 Tradycja tej wigilijnej potrawy sięga dawnych czasów i jest związana z początkiem chrześcijaństwa. Ryba symbolizuje Jezusa i była znakiem rozpoznawczym pierwszych chrześcijan.
 Symbolika ryby ma dwojakie znaczenie: z jednej strony odwołuje się do chrztu, gdyż żywiołem ryby jest woda; z drugiej strony symbolizuje eucharystie. Ryba znacznie wcześniej od krzyża została uznana za symbol chrześcijaństwa.
 Nie tylko chrześcijanie dopatrywali się w rybie świętości. 
Babilończycy, Egipcjanie uważali ryby za istoty święte,
 którym należy się cześć. 
. Wigilijna wieczerza dla chrześcijan jest ukoronowaniem czasu adwentu
 i przypomnieniem, że zawsze była uroczystą ucztą i symbolizowała przygotowanie do odpoczynku świątecznego.
 Najczęściej podawaną rybą podczas Wigilii jest karp. Zgodnie z wierzeniami jest on symbolem długowieczności. Kto go kosztuje będzie żył długo. Karp na wigilijnych stołach zaczął się pojawiać  jeszcze w średniowieczu. Był on wtedy rybą dość drogą i uchodził za przysmak na wyjątkowo ważne okazje.
 A tak właśnie była traktowana wigilijna wieczerza.
 Niezależnie jednak od tego, jaka ryba znajdzie się na wigilijnym stole,
 jej obecność jest oznaką obecności i wiary w Chrystusa.
Osobiście za karpiem nie przepadam więc nie grozi mi długowieczność
 /śmiech/! Nie będę wyglądać i szukać na wigilijnym stole karpia smażonego, 
w galarecie, po żydowsku czy na słodko...
 Może znajdzie się jakiś okoń lub płotka...





P.S
Mąż mojej koleżanki jest zapalonym wędkarzem. Wyobraźcie sobie, że chciał swoją pasją zarazić żonę, aby w domu zapanował pokój. Jagoda do świętego spokoju wybrała się na ryby w towarzystwie swojej drugiej połowy i na tym pierwszym razie się skończyło!
Początek wspólnego połowu był fatalny. Za głośno rozmawiała, nie umiała założyć przynęty, za wcześnie podcinała rybę...
Najgorsze jednak było to, że złowiła trzy razy tyle ryb, co on!
Więcej na ryby Jagody nie zabrał...

czwartek, 19 grudnia 2013

Jedno słowo...

"Tak, często w życiu chodzi o jedno słowo.
 Uczymy się na pamięć całych ról, a nieraz naszym życiem wstrząsa jedno słowo. Byłem u mojej mamy w szpitalu, kiedy leżała pod kroplówkami po zawale serca, nieprzytomna, ale lekarz prosił, żeby do niej mówić, bo ona wszystko słyszy.

  Pielęgniarki gonią wte i wewte, nie mogłem wypowiedzieć nic istotnego. Patrzę na moja mamę, która miała koszule w serduszka czerwone,
 ręce całe pokłute.
 Coś jej tam tłumaczę, ale nie ma kontaktu.

 Nagle mi się wyrwało słowo "kochanie" i w tym momencie zobaczyłem, jak moja mama przeniosła zaskórniakami energii oczy ze stanu nieprzytomności, spotkaliśmy się wzrokiem, polały się jej potężne rzeki łez.

 To było jedno z najpiękniejszych spotkań miłości w moim życiu. Wiedziałem,że widzimy się po raz ostatni. Byłem wdzięczny, że moja niemoc wywołała słowo "kochanie".
 Na to słowo moja mama w chwili osamotnienia czekała.
 To jest bezmiar oczekiwania ludzkiego na to słowo."
                                                                                          /Wiesław Komasa/


 



P.S
I dlaczego czekamy z tym słowem... Możemy nie zdążyć.

O bracie….

Na parkingu stoją samochody. Przy jednym z nich kręci się mały chłopiec. Ogląda, dotyka, uśmiech się i coś mruczy pod nosem.
  Właściciel samochodu przygląda się chłopcu, który nie patrząc na mężczyznę pyta:
 - Skąd masz taki samochód?
 – Dostałem od brata, odpowiada właściciel auta.
 – Chciałbym, chciałbym... chłopiec nie potrafi skończyć zdania więc mężczyzna przychodzi mu z pomocą.
 – Co chciałbyś? 
– Chciałbym BYĆ  jak twój BRAT, odpowiedział chłopiec.

                                                                                  /Historia prawdziwa/






P.S
Siostro, mam mały dylemat. Mój chłopak poprosił mnie, abym została jego żoną... Nie wiem, co mam zrobić. Właściwie wszystko mam, co potrzebne jest do szczęścia, i nie jestem pewna czy będzie mi z nim dobrze... A może trzeba zadać sobie pytanie czy jemu będzie dobrze z tobą... A najlepiej, jak wam razem będzie po drodze do szczęścia!
Prawdę mówiąc: naprawdę tyle masz, ile dasz...!!! 

piątek, 13 grudnia 2013

O życiu raz jeszcze...

Bo w życiu chodzi o niebo, nie o piekło... I raz jeszcze powtarzam sobie, że życie to nie czekanie, aż burza minie...
 Chodzi o to, by nauczyć się tańczyć w deszczu!
 Czego nie można zmienić, to trzeba zwyczajnie po ludzku polubić!







P.S        
Ktoś przypomniał Judycie bardzo ważną sprawę: dowodem odwagi nie jest umrzeć, lecz po prostu żyć!
A każdy czas jest szansą i trzeba wykorzystać go z pożytkiem dla siebie
i innych. Skąd niektórzy ludzie mają tyle mądrości i wiedzą, co i kiedy powiedzieć?

poniedziałek, 9 grudnia 2013

O robaczkach świętojańskich…

Od kilku dni  „chodzą za mną” robaczki świętojańskie, a to za przyczyną roratnich lampionów, które migocząc, rozświetlają swoim małym światłem ciemne poranki. Jestem zaskoczona ilością dzieci, które przychodzą na roraty z rodzicami, babciami, rodzeństwem. Uśmiecham się mimo woli widząc młode małżeństwa z małymi dziećmi w wózku i większymi obok z lampionami w rączkach. Zaspany tata prowadzony przez synka, za chwile, trochę spóźniona wchodzi mama z młodszym dzieckiem.
 Oj, dawno nie byłam na polskich roratach i może dlatego wszystko mnie zachwyca... Światło oświeca drogę, niebo, i jest znakiem, że gdzieś ktoś czeka...
 Kto z nas nie pamięta światła w oknach swojego domu, które mówiło,
 że ktoś tam jest i czeka. Są ludzie, którzy świecą choć nie mają w rękach papierowych lampionów. Znacie takich?
 Takim światłem była moja Mama, bo gdy była w domu było jaśniej, cieplej, a gdy Jej nie było czegoś brakowało.
 I dlaczego jedni ludzie świecą tym niewidzialnym światłem, a inni słabo lub wcale...?
 Jest to dar, który mają tylko nieliczni?
 A może mają go wszyscy tylko nie chcą się nim dzielić...?

 

  Robaczki świętojańskie świecą wszystkie bez wyjątku, tak już mają od urodzenia. Malutkie, niespełna centymetrowe chrząszcze w czerwcu i lipcu tworzą wspaniały leśny teatr zalotów. Mają właśnie wtedy gody, i z miłości świecą /śmiech/. Wysyłają sygnały jak maleńkie latarenki morskie, aby powiedzieć: już jestem!
 Panie „robaczkowe świętojańskie” siedzą na liściach i czekają. Gdy tylko zobaczą błyszczące esy-floresy, które zakochane samczyki kreślą nad ziemią, wspinają się na najwyższe źdźbła trawy i odpowiadają sygnałami świecąc w ciemności
 zielonkawo-żółtym światłem... 

Gold Fireflies by Yuki Karo


Gold Fireflies by Yuki Karo


Gold Fireflies by Yuki Karo

.  Zdjęcia esów-floresów w wykonaniu zakochanych robaczków świętojańskich nie moje. Czekam na czerwiec i lipiec może wypatrzę chrząszczowe amory /śmiech/!


P.S
Legenda mówi, że gdzie robaczki świętojańskie, tam kwiat paproci. Nawet jak go nie znajdziemy, na długo zapamiętamy czerwcowy spacer po lesie pełnym zielonkawych latarenek. Robaczki świętojańskie świecą tylko w czerwcu i lipcu, i muszą świecić, aby były kolejne robaczki świętojańskie...  Z ludźmi jest inaczej, bo mogą świecić zawsze o każdej porze dnia i nocy, i jeśli chcą mogą wyprowadzić drugiego człowieka z ciemności do światła.

piątek, 6 grudnia 2013

O świętym Mikołaju

Znalazłam z samego rana pod drzwiami mojego pokoju czerwoną torbę,
 a w niej żółte rękawiczki, żółtą czapkę i szalik do kompletu...
 Święty Mikołaju zaskoczyłeś mnie tym żółtym kolorem, ale muszę Tobie powiedzieć, że białej sukienki w czerwone kropki nic nie pobije...
 Nie pamiętasz?
 Nie dziwię się, bo przy takim natłoku pracy niejedno można zapomnieć! Nie da się ukryć, że było to dawno. Zawiało śniegiem naszą polną drogę, trochę przymroziło, ale co tam droga i mróz, był to dzień 6 grudnia więc najważniejszy był św. Mikołaj.
 W bucie nic nie znalazłam, pod stołem w kuchni także nic... W całym domu nie było śladu pobytu św. Mikołaja. Mama stwierdziła, że chyba w tym roku ominął nasz dom...
 Jak mógł ominąć i nie zostawić nawet lizaka?
 Wiało smutkiem przy kuchennym stole w czasie śniadania.
 Z Mikołajem czy bez niego trzeba było wyruszyć do szkoły. Ubrałam mój rudy płaszczyk z futerkiem, naciągnęłam czapkę na głowę i włożyłam ręce do kieszeni w poszukiwaniu rękawiczek i co znalazłam?
 Prezent od św. Mikołaja: białą sukienkę w czerwone kropeczki... Pozostali domownicy także znaleźli coś dla siebie w kieszeniach swojego płaszcza.




.                 Sukienka na zdjęciu nie moja /śmiech/, ale zapewniam, 
                                            że ta moja była śliczna!



P.S
Chyba nie ma takiego drugiego świętego, którego postać byłaby od ponad 1700 lat tak bardzo obecna w naszej rzeczywistości.
Ale czy to nadal ten sam Mikołaj, Święty, Biskup...?
Musiało być coś w tym biskupie, który jest postacią historyczna, że do swoich potrzeb naginają go różne czasy i ideologie. Jak podają legendy mało komu udawało się go „złapać na gorącym uczynku”.
Pomagał dyskretnie i nie oczekiwał wdzięczności.
Cóż, każdy z nas potrzebuje obdarowywania.
Czy zawsze jednak towarzyszy mu tylko bezinteresowna miłość...?
Nie pamiętam roku bez Mikołaja, zawsze przychodził...
Jednak ten z sukienką w czerwone kropeczki, co roku wspominam. 
Jakie są Wasze wspomnienia św.Mikołaja....? 

sobota, 30 listopada 2013

O czasie na czekanie…

Zawsze na coś czekamy.
 Osobiście cenię sobie czekanie, bo ono pokazuje kim jesteśmy.
 W czekaniu jest zawsze nadzieja i w końcowym efekcie okazuje się często, że czekanie sprawiało nam więcej radości od tego na co czekaliśmy. W wielkim mieście, w którym przyszło mi żyć zapachniało Bożym Narodzeniem, pachnie już od trzech tygodni.
 Minęło Święto Zmarłych, a na ulicach i w sklepach wszelkiego rodzaju trwa handlowa fiesta, która czyni z ludzi niewolników konsumpcji zabiegających jedynie o to, by „miec”, niekoniecznie „być”.
  W efekcie człowiek ciągle tylko pragnie, nigdy nie jest „syty”. Trzeba być „charakternym” i to bardzo, aby przejść obojętnym wobec poczynań tej gigantycznej marketingowej machiny, która chce przekonać za wszelką cenę, że święta będą udane tylko wtedy, kiedy w naszych portfelach nie pozostanie choćby złotówka.
 Święta Bożego Narodzenia w dzisiejszej dobie to wyzwanie. I dziwna rzecz, że pomimo poświęcaniu tak wiele czasu i energii na ich przygotowanie, kiedy wreszcie nadchodzą, nie starcza nam sił ani ochoty, by się nimi cieszyć. 
Co zrobić, aby wobec blichtru świata ocalić w sobie pierwiastek duchowy? Trzeba nauczyć się przeżywać adwent czyli czas, który jest nam dany na czekanie, aby przygotować się na spotkanie przychodzącego Boga i oczekującego człowieka.
 W każdym czasie potrzebny jest nam czas, aby weryfikować hierarchię wartości, tego co dla nas jest ważne, za czym biegniemy, do czego dążymy.
 Adwent pozwala zrozumieć, że nie ma potrzeby „gonienia” czasu, żeby go pochwycić, bo on nie ucieka, tylko zdąża ku nam. W adwencie przygotowujemy się na narodziny Chrystusa. Warto potraktować ten darowany nam czas jako szansę, kto wie, czy nie ostatnią, bo przecież nikt nie zna dnia ani godziny.
 Adwent stawia na miłość, która wypływa z tęsknoty i z żywej relacji osobowej.
 Jest doskonałą lekcją cierpliwości i czekania, co współczesnemu człowiekowi staje się coraz bardziej obce.

                                                                /wg A. Gniewkowska-Gracz/




                                      
P.S
Zapalcie swoje adwentowe świece i niech palą się radośnie! Chrońcie swoje światło i światła Waszych najbliższych. W życiu istnieje wiele dobrych i uczciwych celów... Czy jednak wystarczy osiągnąć te cele, aby spełnić najgłębsze pragnienia naszej duszy? Trzeba zostawić we własnej przestrzeni życiowej także miejsce dla Boga, by kiedy przyjdzie ukryty w dziecięciu zastał nas czuwających.

środa, 27 listopada 2013

O międzyczasie…

Dowiedziałam się od mojego kolegi : W międzyczasie zdążyłem nawet świat polubić... 
 A ja wiem, że w moim międzyczasie mogę zrobić bardzo dużo rzeczy i stwierdzam, że jest on pojemny jak czarna dziura /śmiech/!!! Międzyczas jest domeną kobiet, bo kobiety robią mnóstwo rzeczy w owym czasie, i gdyby go nie było świat dawno byłby pogrążony w całkowitym chaosie /śmiech/!
 Więc w międzyczasie kobieta była: - w pracy, zrobiła zakupy, ugotowała obiad, dokończyła wczorajsze prasowanie, była na kawie z koleżanką, poszła kupić sukienkę i przy okazji buty, odebrała dzieci ze szkoły, zawiozła mężowi dokumenty do pracy, bo zapomniał, i jeszcze poszła do fryzjera, i odwiedziła babcię... 
I mogę powiedzieć, że czas jako taki nie jest nam kobietom w ogóle potrzebny...
 W moim, zakonnym międzyczasie wpadłam w nałóg /śmiech/ robienia zakładek, a to wszystko za sprawą właścicielki bloga Stokrotki Dorotki...









P.S
Ktoś powiedział, że w międzyczasie można utknąć...
Jak jest z waszym międzyczasem?

poniedziałek, 25 listopada 2013

O wyschniętej studni…

Pewien chłopiec co lato wyjeżdżał z rodzicami do starego, wiejskiego domu.
 Kiedy dom kupiono, miał już sto pięćdziesiąt lat i nie było w nim kanalizacji.
 Przez wszystkie te lata wodę czerpano ze starej studni, znajdującej się nieopodal głównego wejścia.
 Studnia ta miała jedną wspaniałą właściwość – nigdy nie wysychała. Nawet w czasie największej letniej posuchy wiernie dostarczała chłodnej, przezroczystej wody. Nadszedł dzień, kiedy rodzina chłopca postanowiła wyremontować dom.
 Kilkaset stóp od domu wywiercono nową studnię, a starą przykryto, by mogła służyć w razie awarii. Stara studnia stała bezużytecznie przez kilkanaście lat, aż pewnego dnia chłopiec, który zdążył już wyrosnąć na młodego mężczyznę, powodowany ciekawością zdjął pokrywę i zajrzał do środka.
 Osłaniając studnię spodziewał się ujrzeć tę samą wilgotną czeluść, którą tak dobrze pamiętał z dzieciństwa. Wody nie było jednak ani kropli. Dopiero po długich dociekaniach zrozumiał, co stało się ze studnią. Dowiedział się, że ten typ studni jest zasilany przez setki maleńkich podziemnych strumyczków, którymi sączy się nieustannie świeża woda. Kiedy pobiera się wodę ze studni, napływa do niej nowa, utrzymując te niepozorne kanaliki w czystości i zapewniając ich przepustowość. Kiedy jednak studnia stoi nieużywana, woda nie jest pobierana regularnie, strumyczki zapychają się. Studnia, która służyła niezawodnie przez wiele lat, wyschła – nie dlatego, że skończyła się woda, ale ponieważ przestano jej używać.
                                                                                            /J.Stanford/







P.S
Ile naszych studni wyschło...? Mam tutaj na myśli nasze relacje z innymi osobami.  Wysychają nasze relacje nie dlatego, że ich nie było, ale dlatego, że przestano ich „używać”. Niezależnie od powodu, dla którego tak się dzieje, skutek jest podobny: ktoś staje się nam obcy. Nie mamy o czym rozmawiać, nie zależy nam na spotkaniu. Powodów może być wiele: jakieś nieporozumienie, przeprowadzka, zmiana pracy... Czasami jednak trudno wskazać przyczynę takiego stanu rzeczy. – Ot, tak jakoś wyszło – mówimy...
Ktoś przestał być ważny, ścieżka zarosła, studnia wyschła, bo przestało się o nią dbać...... / w.g A.M Kolberg OV/
 

Hmm, czy trzeba dbać o wszystkie studnie...?
Może trzeba pozwolić, aby niektóre studnie wyschły...?

sobota, 23 listopada 2013

O końcu...

On: - Obawiam się, że tym razem po prostu będzie koniec...

Ona: - Wierz mi, nigdy nie ma końca... Zawsze jest jakiś ciąg dalszy.






P.S
Ciągle wierzę i mam nadzieję na ciąg dalszy teraz i w wieczności...

czwartek, 21 listopada 2013

O życiu na marne…

Zastanawiam się często, co trzeba robić, aby nigdy nie tracić z oczu tego, co najważniejsze. Na bydgoskiej onkologii nasłuchałam się o kolejnych życiowych perypetiach, zakrętach, o zaczynaniu od nowa, o darowanym życiu... Każdy człowiek ma swoją receptę na życie, na każdy jego etap, ale czy zawsze jest on słuszny...
Pewnego dnia jeden z najsławniejszych profesorów znanego uniwersytetu, kandydat do nagrody Nobla wybrał się w podróż swojego życia w dzikie rejony Amazonki. Amazonka ma to do siebie, że trzeba często korzystać z łodzi i dobrego przewodnika. Nasz podróżnik, znawca nauk i życia podróżował po wodach Amazonki w towarzystwie przewoźnika znawcy tejże rzeki, który od zawsze mieszkał w tych stronach. Rozmawiali o różnych rzeczach i sprawach. Pewnego słonecznego dnia  profesor zaczął wypytywać przewoźnika.
- Znasz historię Ameryki?
- Nie!
- A więc jedna czwarta twego życia stracona.
- Znasz astronomię?
Przewoźnik robi duże oczy i mówi:
- Trochę patrzę na gwiazdy, księżyc, słońce, ale to nic specjalnego...
- A więc dwie czwarte twego życia poszły na marne.
- Znasz filozofię?
- O co pan pyta, jaką filozofię ...
- A więc trzy czwarte twojego życia są stracone ze smutkiem stwierdził profesor. 
Nagle niespodziwanie zaczął padać deszcz, przyszła okropna burza.
Łódź na środku rzeki kołysała się jak łupinka orzecha. Przewoźnik, przekrzykując ryk wiatru, zapytał profesora:
- Umie pan pływać?
- Nie – odpowiedział profesor.
- A zatem całe pana życie jest stracone...






P.S
Można wiedzieć jakoby o życiu wszystko, ale jak przyjdzie zmierzyć się nam z czymś, na co nie mamy wpływu, okazuje się kim naprawdę jesteśmy... I wtedy toniemy, niekiedy bardzo powoli, albo płyniemy i przy okazji pomagamy dopłynąć do celu innym...

poniedziałek, 18 listopada 2013

O torbie...

A właściwie o napisie, który widniał na tejże torbie. Torba należała do młodej kobiety, która tak jak ja czekała na metro.

 „W życiu piękne są tylko chwile i... buty!”

  I miałam o czym myśleć siedząc w metrze /śmiech/!




P.S
I jeszcze myślę o tych chwilach i butach...!!!
Przede mną kolejna wizyta w Bydgoszczy. W podróży będę rozmyślała o tych pięknych chwilach, które za mną i które jeszcze przede mną... i może sprawie sobie nowe buty, bo w życiu piękne są tylko chwile i ... buty, a może torebki.../śmiech/? 

niedziela, 17 listopada 2013

O studni...

Pewien mężczyzna udał się do zakonnika klauzurowego.
Spytał go: - Czego uczy ciebie to milczące życie?
Mnich nabierając wodę ze studni, powiedział do swego gościa:
- Spójrz w głąb tej studni. Co widzisz?
Człowiek spojrzał do studni.
– Nic nie widzę – stwierdził.
Po pewnym czasie, zakonnik, który stał nieruchomo, ponownie zwrócił się do gościa:
- Spójrz teraz! Co widzisz w studni?
Człowiek posłuchał i powiedział:
- Teraz widzę siebie samego, odbijam się w wodzie.
Mnich wyjaśnił: - Widzisz, gdy zanurzam wiadro, woda jest poruszona. Teraz natomiast woda jest spokojna.
Taki jest efekt milczenia: człowiek dostrzega siebie samego. /B.Ferrero/








P.S
Wsiadam do autobusu komunikacji miejskiej; do metra, do tramwaju i cóż widzę... Co druga osoba ma słuchawki w uszach, przed nosem tablet, telefon, ktoś czyta książkę, gazetę albo reklamy, ktoś tam z kimś rozmawia, co jest rzadkością. Mało kto po prostu jedzie i zajmuje się tylko tym co w jego głowie i w sercu... A może jednak wszyscy rozmyślają choć trochę i wsłuchują się w siebie, bo tam ukryta jest prawda o nas samych....
 „Gdy nie mogę poradzić sobie ze sobą, siadam przy mojej babci, która często robi coś na drutach... Moja babcia pachnie lawendą i oddycha powoli, spokojnie. Od czasu do czasu unosi oczy i uśmiecha się, zazwyczaj jednak ogranicza się do swojej pracy i do oddychania... Wydaje mi się, że mnie kołysze...”  Jest jeszcze ktoś kto znajduje sobie spokojny kąt i pozwala, by ukołysała go cisza...

środa, 13 listopada 2013

O Fionie raz jeszcze...

Napisałam kiedyś posta  „O psiej miłości...” gdzie główną bohaterką była Fiona...
Otrzymałam dzisiaj wiadomość od s. Rafały z Doume /Kamerun/:

Życie jej nie było długie, bo tylko 8 lat w Doume, na biskupstwie.
Fiona odznaczała się wieloma, zacnymi cechami, a więc była piękna, duża, silna, za domowników bardzo odpowiedzialna, przywiązana do nich i wierna w służbie.
Głos jej był potężny, gdy zaszczekała na przechodniów to z daleka uciekali.
Swoich wyczuwała z daleka i cieszyła się na ich spotkanie. Obcych lubiła czasem „połaskotać” w piętę, że krew się polała. A szczególnie panów tak „białych” jak i „czarnych”.
Fiona raz tylko wydała potomstwo, które wielu misjonarzy chciało nabyć. Szczęście miało tylko czterech, bo były tylko cztery szczeniaki. Fiona często chorowała na uszy, bo kleszcze bardzo często wchodziły głęboko do ucha, to też nie obeszło się bez weterynarza i zastrzyków.
Nasza Fiona miała kłopoty z zaakceptowaniem dzwonów z kościoła i burz, wyładowań piorunów, tak zresztą jak większość psów.
Jednego razu wieczorem wjechała na posesję s. Edyta. Będąc już w bramie, uderzył blisko piorun. Fiona skryła się pod samochód, którym została potrącona... Z jękiem schowała się w płot cyprysowy i nie można jej było znaleźć. Przeleżała do rana w błocie, cała mokra.
Rano, na widok s. Rafały okazała wielką radość, ale nie mogła się podnieść. Była zbyt ciężka, i dopiero przy pomocy pracownika z misji została przeniesiona i pielęgnowana.
Jednak nic już nie można było zrobić. 
Robotnicy wykopali dół w ogrodzie i pochowali ją.
W czasie przerwy obiadowej, czterech młodych chłopców przedarło się do ogrodu i wykradli Fionę, bo przecież szkoda, tyle mięsa! Powiadomiono żandarmerię o złodziejstwie. Jeszcze tego samego wieczoru, znaleziono winowajców przy ogniu, a w dużym kotle gotowała się... Fiona. Chłopaki cieszyli się na ucztę, ale musieli z Fioną przyjść do „aresztu” na plebanię, gdzie ich pilnowano do rana.
Uczta nie udana!!! Fiona w garnku, a oni nie mogli jej zjeść!!!
Narzekając wypowiadali tylko „mal chance...!” / szkoda, szkoda, szkoda.../

                                               / tekst s.Rafała Raś /Pallotynka/ z Doume/


Zdjęcia Fiony z czasów jej psiego macierzynstwa...











P.S
Nie mogę uwierzyć, że chcieli zjeść naszą Fionę... Nie pomyślcie, że gotowali ją z głodu... Do końca nie zrozumie się tego ludu...