sobota, 27 sierpnia 2011

O Chefferie w Bandjoum...

Cudze chwalicie, a swego nie znacie! W Kamerunie odkrywam, co krok, nowe rzeczy i utwierdzam się w tym, że nie ma narodów, społeczności bez przeszłości, kultury, którą się zachowuje, kultywuje, która jest dla danej społeczności ważna i jest znakiem przynależności.

Chefferie zbudowane jest z drzewa i bambusa. Dach zrobiony jest
z liści palmowych. Cała konstrukcja oparta jest na ponad 60
rzeźbionych kolumnach.


 Jak przystało na blogowiczkę zaglądam i poczytuje niektóre blogi… "Pasja życia", "Kroniki egipskie"… Opisywane w nich miejsca z różnych zakątków naszego świata mówią, że spotkania z ludźmi i ich odmienną kulturą są dla nas cenną nauką, że gdziekolwiek pojedziemy spotkamy ludzi i te spotkania, jeśli jesteśmy otwarci na inność innych, nauczą nas szacunku i zrozumienia poznanych stron i osób. I co najważniejsze poznajemy prawdę, że świat nie jedno ma imię! Cenię sobie ludzi z pasją i chylę czoła przed tymi wszystkimi, którzy przybliżają świat innym ludziom i w ten sposób wielu z nas ma okazję poznać piękno świata nie tylko tego egzotycznego, ale piękno i naszej polskiej ziemi, którą przybliża np. Młoda Dama w blogu: "W nieznane"... Historia każdego rodu ma swój początek… W XIV wieku plemieniem Baleng kierował Foa Nepagué, który przekazał swoją władzę pierwszemu synowi Tchoungapo.

Oprowadzał nas po tym miejscu, któryś z książąt...
Ciekawie opowiadał...ale na nasze dociekliwe pytania np. odnośnie
inicjacji był bardzo oględny i powściągliwy!


 Ten z kolei miał trzech synów i każdy z nich miał jedno marzenie - zasiąść na tronie swojego ojca, bo jak mówili jesteśmy "nés sur la peau de panthère" czyli trzej przyszliśmy na świat na skórze pantery, co jest znakiem naszego królewskiego pochodzenia i prawa do objęcia tronu! Nie ma trzech tronów w królestwie… i jak ktoś powiedział: wszelkie zło na ziemi pochodzi tylko od dwóch kwestii, o które ludzie toczyli wojny i temu podobne przez całą swoją historię : "kto tu rządzi" i "jak bardzo mnie kochasz".  Ze wszystkim innym można się jakoś uporać, ale te dwie kwestie, miłości i władzy, gubią nas wszystkich /E.Gilbert/. Nasi pretendenci do tronu poszli po rozum do głowy… jeden został, a dwóch pozostałych Notchwegom i Wafo poszli szukać swojego skarbu…i znaleźli!

Domy ...zon! Kazda ma swoja posiadlosc, pole i ...dzieci


 Książe Wafo opuścił swojego brata i utworzył nowe królestwo, które do dzisiaj jest znane pod nazwą Balengou. Książę Notchwegom był bardzo dobrym myśliwym. Osiedlił się w miejscowości Famleng, gdzie zdobył sympatie szefa niewielkiej populacji zamieszkującej ten teren dzięki swym umiejętnościom myśliwskim. Integracja z tym ludem była łatwa, bo książę był człowiekiem hojnym, nie wahał  dzielić się z innymi tym, co zdobył na polowaniu. Nasz myśliwy wypatrzył pośród wielu kobiet, córkę jednego z pomniejszych szefów tej okolicy i zaczęło się tęskne spojrzenie w tę stronę! Z miłością nie łatwo się ukryć… Cóż mógł zrobić? Poszedł na polowanie i to, co upolował /było tego trochę/ włożył w worek i wysłał do ojca dziewczyny. Worek powrócił do właściciela, a w worku bransoleta z brązu. Książę głowił się skąd ta bransoleta w worku: przez przypadek, czy raczej jako znak przychylności księżniczki?

Rzezbione kolumny przedstawiaja dzieje plemienia
i czasy wspolczesne. Na jednym z postuumentow
mozna ogladac Jana Pawla II, Matka Boza,
a obok np.czarownikow...


Nasz Książę z myśliwego stał się  "rybakiem" ziemi i ludzi i w niedługim czasie włącza "petites chefferies" swoich sąsiadów i zapełnia swoją wieś niewolnikami, których kupił. Od tego zjawiska kupowania niewolników powstała nazwa wsi. "Djo" oznacza w języku lokalnym "kupować". "Pa Djo" oznacza ludzi, którzy kupują. Jednak po przybyciu pierwszych białych ludzi do lokalnej społeczności nazwa wioski zmieniła się… wymawiali nazwę wsi nie "Pa Djo" lecz Bandjoun i tak zostało do dzisiaj. Dynastia Bandjoum ma dzisiaj 14 króla z prostej linii i jest bez wątpienia królestwem, które cieszy się ogromnym poważaniem, ponieważ zachowało do dzisiaj, pomimo wielu zmian zachodzących w kameruńskim świecie, swoją tradycję. Bandjoun znajduje się na wzgórzu, które ukryte jest w gęstej i zielonej roślinności. W świętym lesie grzebie się zmarłych monarchów.

Chefferie posiada cztery wejścia. Jedno dla króla,
drugie dla jego rady, trzecie dla pozostałych
członków plemienia, czwarte dla takich jak ja
czyli dla "zagranicznych".


 Miejsce ich spoczynku znane jest tylko Świętej Radzie zwanej także Radą Specjalną, która składa się z 9 osób wtajemniczonych, których zadaniem jest stać na straży zachowania norm moralnych, socjalnych, politycznych. Rada ma prawo interweniować, gdy król przekroczy prawo i tradycję. W porozumieniu z Radą podejmowane są wszystkie decyzje dotyczące królestwa. Po śmierci króla do Bandjoum sprowadza się pierworodnego syna zmarłego króla. Od tego momentu zaczyna się dla niego "nowe życie"! Nie ważne jest to, że mieszka i studiuje np. we Francji, że jest żonaty, ma dzieci…. Zostaje prawowitym królem, dostaje żonę i pierwsze dziecko płci męskiej będzie przyszłym królem… o czym się dowie w odpowiednim czasie! Król zarządza ziemią, może więc dokonywać nowych podziałów czy przydziałów ziemi dla rodzin, które są liczne lub gdy ktoś wraca z emigracji. Król jest sędzią, rozjemcą we wszystkich sprawach, ale nie jest to władza autokratyczna.
Za Chefferie znajduje się święty las, do którego maja wstęp tylko wybrani. Jak
może zauważyliście budynek Chefferie nie znajduje się na górce tylko w dole, co symbolizuje władzę.
Ludzie przychodzą "z gór" aby spotkać się z królem w zaciszu świętego lasu...

 W grudniu Bandjoum ma swoje tradycjonalne święto, na którym dokonuje się inicjacji… Do Bandjoum zjeżdżają się wszyscy członkowie plemienia. Może kiedyś ktoś z Was wybierze się w te strony… Sami zobaczycie, posłuchacie… Ciekawe miejsce.



sobota, 20 sierpnia 2011

Miasteczko...

Miasteczko… gdzieś na Wschodzie Kamerunu z jego Centrum Handlowym i prawie pałacem ze…strusiami i pawiami!








A po zakupach na... kawusię!


A co do Centrów Handlowych na naszej prowincji i nie tylko, bo takie można spotkać także w stolicy, po prostu uwielbiam… ten kolorowy tłum ludzi, zapachy przypraw i nie tylko, czas który się nie liczy. Jest oglądanie, targowanie się i dyskutowanie o wszystkim!

sobota, 9 lipca 2011

Jedziemy do Foumban...

Mądry, ale trochę sceptycznie nastawiony do życia Kohelet twierdził: "Wszystko ma swój czas i jest wyznaczona godzina na wszystkie sprawy pod niebem…jest czas płaczu i śmiechu…". Nie dodał, bo skąd miał wiedzieć… jest czas pracy i urlopu czyli wakacji! Szeregi misjonarzy przerzedzone, bo wielu poleciało metalowymi maszynami do Polski. Do Ojczyzny na zasłużone wakacje jedziemy co 2 lata, ale pomiędzy nami są tacy, którzy spędzają wakacje w Polsce co 3 lata.

 Co niektóre Pallotynki wąchają polskie maki i chabry, których /mam nadzieję/ tysiące w łanach zbóż, zajadają się białym serem, którego w Kamerunie nie spotkasz …dwa miesiące szybko miną …potem pakowanie walizek i masz rozdarte serce, co zabrać, a co zostawić… Nam, czyli siostrze Fabianie i mnie te rozterki nie grożą, spędzamy wakacje w Afryce …pracowicie, kończymy nasz pallotyński dom formacyjny dla przyszłych afrykańskich sióstr Pallotynek. Stoją ściany, a w pokojach pusto, zaczynamy urządzanie od przysłowiowego zera, zaradne z nas kobiety więc pomysłów nam nie brakuje! Pomiędzy szyciem firanek, sprzątaniem, projektowaniem ogrodu, sadzeniem kwiatów zapraszam Was na wycieczkę na zachód Kamerunu… mamy wakacje, nieprawdaż?

 Wulkaniczna wyżyna zachodnia jest po prostu przecudna, może dlatego, że przypomina polskie Bieszczady… Jest to rejon malutkich gór, które w większości są wygasłymi wulkanami.

 Stolicą tego regionu jest Bafoussam, gdzie Pallotynki od 2 lat mają swoją placówkę.Temperatura w ciągu roku wynosi około 23 stopni. Rano bez czegoś ciepłego na sobie można zmarznąć, o stopach także nie można zapomnieć /śmiech/, to nie nasz Wschód! Dogodne warunki klimatyczne w połączeniu z żyzną glebą wulkaniczną czynią z tej krainy "grenier du Cameroun", czyli magazyn żywnościowy, bo rośnie tutaj prawie wszystko… mnie zachwyciły… słoneczniki i lasy iglaste! Najliczniejszą grupą etniczną zamieszkująca ten teren są Bamileke. Plemie Bamileke stanowi także najliczniejszą nację w kraju; około 35% z 15 milionów mieszkańców. Mówi się, że są to kameruńscy Żydzi, ponieważ inwestują na całym terenie kraju, a handel, to ich specjalność.

 Każdy centymetr ziemi, który plemię zajmuje jest uprawiany! Bamileke są ludem bardzo dobrze zorganizowanym, podzielonym na kilka wiosek. Każda wioska ma swojego króla, ma odrębną kulturę, tradycję, obyczaje, język… czasami bardzo różniące się od kultury innych wiosek. Jedno jest wspólne: żyłka do robienia pieniędzy! Mnie zachwyciło Foumban, Hiala i Manengoumba stary wygasły wulkan i słynny wodospad "Chut d’Ekom", gdzie został nakręcony film "Greystoke" z Christopherem Lambertem w roli Tarzana. Zostały po filmie kładki, mosty z lian… i dzika przyroda…jeszcze! Celem naszej podróż jest Foumban… to siedziba sułtana, muzeum, tradycyjne święta, ogromne targowisko, na którym znajdziesz wszystko… Pałac sułtana od 600 lat znajduje się w tym samym miejscu, w tej samej linii, zmieniał się przez wieki wygląd… nigdy nie był zniszczony!


 Foumban, to przede wszystkim królestwo dynastii Bamoum, którego historia sięga… XIII wieku! Została założona przez Nchare w 1334 roku. Dzisiaj Bamoum ma 19-tego króla, który pochodzi w prostej linii od założyciela tej dynastii. Na przestrzeni wieków dwie kobiety piastowały władze królewską. Księżniczka Nguopu królowała przez 43 lata. Jeden, jedyny raz na tronie zasiadł nie przedstawiciel dynastii, po zamachu stanu. Po odzyskaniu władzy przez prawowitych przedstawicieli dynastii na tronie zasiadła księżniczka Ngungure, która królowała przez… 30 minut, bo tyle wymagł rytuał i abdykowała na korzyść swojego syna.

 Dynastia Bamoum wydała wielu wybitnych królów jak Mbouomboum, który w XVII wieku zbudował mury obronne wokół miasta, powiększył królestwo o 200 tys. km kwadratowych. Zwany był wysokim i silnym, bo miał więcej niż 2 m wzrostu, do tego bardzo odstające uszy i wyłupiaste oczy… więc nie był za przystojny!


Sultan Njoya
  Najbardziej znanym członkiem tej dynastii jest Njoya 11-ty król Bamoum /1883-1933/, który zasiadł na tronie mając 15 lat;  władczy, megaloman, wielki znawca kobiet /???/, zostawił po sobie niezatarty ślad w historii Bamoum. Stworzył alfabet i zasady pisowni w języku Bamoum, żeby zachować liczne legendy, opowieści oraz mity. W muzem znajdują się liczne dokumenty: księgi urodzeń, małżeństw, umowy o pracę, listy administracyjne! Dzisiaj język jest znany tylko przez "wtajemniczonych". Przed wjazdem do Foumban mamy dwie tablice informacyjne: jedna w języku francuskim, a druga w języku bamoun, jako ciekawostka turystyczna. Njoya był wielkim wojownikiem i podczas licznych wypraw wojennych rozważał prawdziwość różnych religii. Przychylał się do chrześcijaństwa… ale jak mieć tylko jedną żonę…islam owszem, ale nie można pić wina… ostatecznie podjął próbę stworzenia nowej religii, która miała stanowić syntezę islamu i katolicyzmu. Pod koniec życia Njoya powrócił do islamu, za jego śladem poszła większość mieszkańców Bamoun. Dzisiejszy wygląd pałacu, to dzieło Njoya.

 Przypomina on stylem architektonicznym bardziej zamki Europy niż Afryki. Został zbudowany w 1917 roku, a inspiracją do jego budowy był pałac Gubernatora Niemieckiego w Buea, po którym nic nie zostało… pałac sułtana stoi i zapewne jeszcze długo postoi… Z górnej części pałacu zrobiono muzeum, gdzie zgromadzono różne sprzęty codziennego użytku, broń, kolekcja królewskich fajek, maski, totemy itp. Zrobił na mnie wrażenie królewski płaszcz koronacyjny, który jest do dzisiaj używany przy koronacji nowego króla /specjalnie konserwowany, zamknięty w szklanej szafie/. Zrobiony jest z różnorodnych ptasich piór, które symbolizują wielość i różnorodność populacji Bamoun. Na głowie tradycyjna maska wyszywana koralikami a w ręce specjalna dzida, to strój koronacyjny.  W muzeum znajduje się jeszcze jeden płaszcz z ptasich piór, nie taki okazały i piękny.

 Ten wykonany jest tylko z jednego rodzaju piór i służy czarownikowi… Njoya był wielkim miłośnikiem kobiet! Szukał idealnej kobiety.

 Miał 681 żon!!!  Zapytałam z wielkim zdziwieniem naszego przewodnika: on je wszystkie znał? Przewodnik /muzułmanin/  odpowiedział pytaniem: czy to możliwe siostro? Wiadomo: niemożliwe! Pod koniec życia Njoya napisał poemat o miłości i o idealnej kobiecie /w języku bamoun/.

 Stworzył idealną kobietę… na papierze, który przetrwał do dzisiaj, a wystarczyło tylko jedną pokochać duszą i ciałem i miałby swoją idealną Księżniczkę. Ojciec Njoya miał 50 żon, a dziadek teraźniejszy król tylko…4!

 Njoya Ibrahim nie zgadzał sie na dominacje kolonialistów na swoim terytorium, był człowiekiem zbyt niezależnym od wladz kolonialnych...został zamordowany przez Francuzow w Yaounde.

  Foumban, to wielkie targowisko afrykańskiej kultury. Piękne rzeźby wszystkiego co żyje, tradycyjne maski, naczynia codziennego użytku…można dotykać, podziwiać i oczywiście kupić…przy okazji targować się…zrobiłam się w tej profesji targowania specjalistką…miejscowi to uwielbiają…i ja też! A ile przy tym radości! Jeśli się nie targujesz oskubią cie do ostatniego franka! Co dwa lata całe plemie Bamoun z różnych zakątków Kamerunu prezentuje swoją kulturę na święcie "Le Ngouon".  Na początku tego święta, po dzień dzisiejszy, rozwiązuje się wszelkie kwestie moralne, socjalne, finansowe, konflikty poszczególnych grup. Także król poddawany jest osądowi przez populację. Dwa lata temu przyszło królowi zapłacić karę pieniężną za nie przestrzeganie prawa.

 Starym zwyczajem król zasiada na tronie, po prawej stronie ma dzidę z kameleonem, który symbolizuje kobietę, a po lewej dzidę z gepardem,  który symbolizuje mężczyznę, wokół zasiadają szefowie poszczególnych regionów. "Le Ngouon" z czasem stało się dla Bamouns wydarzeniem najważniejszym oraz świadectwem i aspiracją do dialogu w pokoju, jedności i demokracji. Plemię Bamoum, to chrześcijanie i muzułmanie. Jak do tej pory żyją w zgodzie. Trochę się rozpisałam... wyszedł mi chyba najdłuższy post w moim blogowaniu…I jeszcze jedno:  wszystkie żółte taksówki w Foumban należą do bliskiej lub dalszej rodziny królewskiej….szkoda, że nie wsiadłam do jednej z nich….kolejnym razem zafunduję sobie przejażdżkę sułtańską taksówką prowadzoną przez jakiegoś …księcia! Usiądę koniecznie z tyłu, jak przystało na księżniczkę!

A na koniec słoneczniki z...Bafoussam

wtorek, 5 lipca 2011

No comment...

Zdjęcia zrobione gdzieś na drodze, na Wschodzie Kamerunu...









Miało być bez komentarza... jednak będzie...taki malutki: matkowanie czy przyjaźń? Trudno powiedzieć, ale ja jestem za przyjaźnią!


piątek, 1 lipca 2011

Jezioro na wulkanie

Są takie miejsca w Kamerunie, gdzie przez pewien czas ptaki nie śpiewają, drzewa nie rosną. Mówią, że to przeklęte miejsca. Unosi się powietrze, które zabija. Natura jest wielką potęgą i ciągle na nowo się odradza, jeśli to ona sama robi jakieś zmiany… inaczej ma się sprawa z ingerencją w naturę człowieka, choć w licznych przypadkach natura radzi sobie nawet z ludźmi, którzy są przecież częścią tej natury. Kamerun bogaty jest w wygasłe wulkany. Na wulkanicznym obszarze Foumbot znajdują się 34 kratery, z których wiele wypełnionych jest wodą.

 Niby nic, po prostu piękne jeziora koloru nieba lub szmaragdu trzeba trochę się wspiąć w górę, aby je zobaczyć, a potem popatrzeć w dół, bo jezioro jest w wygasłym kraterze wulkanu, dookoła afrykańska bujna zieleń…i tylko podziwiać cudo natury. Nyos i Monoum to nazwa jezior, które powstały w kraterach powulkanicznych około 500 lat temu. Miejscowi mówią o nich, że jeziora mają swoje "demony", które śpią i mieszkańcy okolicznych wiosek nie znają czasu kiedy "demon" obudzi się i zapragnie ofiar z ludzi i zwierząt. Wulkaniczne jezioro Nyos jest położone na wysokości 900 m na zboczu wygasłego wulkanu. "Demon" jeziora Nyos obudził się 21 sierpnia 1986 roku między godziną 21 a 22. Mieszkańcy wioski po pracowitym dniu przygotowywali się do spoczynku, niektórzy spali, bo 19 to już ciemna noc w Kamerunie, szczególnie w dżungli. I cóż się stało? "usłyszałem eksplozję, poczułem gorący podmuch i fetor zgniłych jaj…" powiedział jeden z tych, który przeżył. Z 700 mieszkańców wioski Nyos ocalało 6 osób. Ocaleli ci, których domy były zbudowane na wzniesieniach. Nietknięte zabudowania, sprzęty, stojące na stołach talerze z jedzeniem.

 W chatach, na drogach, w dżungli setki leżących ciał ludzi, zwierząt domowych i dzikich… nie znaleziono żadnych obrażeń na ciałach zabitych ludzi i zwierząt! O dziwnej katastrofie dowiedziano się dopiero 23 sierpnia popołudniu. Wioska Nyos oddalona jest tylko 16 kilometrów od  miasteczka Wou… Cóż pora deszczowa, trakty, które o tej porze roku zmieniają się w rwące potoki, strach ludzi, pytania, na które ocaleni nie mieli odpowiedzi, oprócz dwóch słów: zły duch!  Nayos jest najbardziej śmiercionośnym kraterowym jeziorem na świecie wg. księgi Guinessa. Głębokość jeziora wynosi 208 metrów, otaczają je stare wylewy lawy i materiały piroklastyczne, które utworzone zostały w następstwie erupcji wulkanu. Dość długo nagła śmierć prawie 700 osób bez wyraźnych śladów ran, stanowiła zagadkę. Po dwóch latach od katastrofy rozwiązano zagadkę… Dla geologów jasne było, że przyczyną nieszczęścia był gaz!  80 km pod jeziorem znajduje się "demon" tego jeziora: zbiornik magmy, z którego wydostają się dwutlenek węgla i inne gazy, po czym docierają do dna jeziora. Nieznaczne wstrząsy sejsmiczne, osunięcie się ziemi, skał, powoduje "obudzenie demona", czyli dwutlenku węgla i innych gazów, które wydostają się z wody na powierzchnię.Wydobycie się gazu można porównać z eksplozją bomby wielkiej mocy. Pamiętnego dnia z dna zbiornika zostało uwolnionych 1,6 miliona ton dwutlenku węgla. Gaz cięższy od powietrza, bezwonny, w postaci śmiercionośnej chmury spłynął pobliskimi dolinami zabijając, a właściwie dusząc wszystko, co spotkało po drodze, co oddychało tlenem, którego… nie było w promieniu 30 km. W promieniu 30 km umarło 1746 osób i około 3500 zwierząt. Chmura gazu pędziła z szybkością 20-50 km/godz. Nic dziwnego, że po dzień dzisiejszy tubylcy mówią o " demonie", który zamieszkuje jezioro, bo w Afryce prawie wszystko związane jest z duchami i magią… Erupcji gazowej w Nayos towarzyszyła fala tsunami o wysokości 24 m, która uderzyła w brzeg z jednej strony niszcząc drzewa i wszelką roślinność. Po gwałtownym wydostaniu się gazu z jeziora oczom ukazał się osobliwy widok: woda w jeziorze, która zazwyczaj jest niebieska, przybrała kolor głębokiej czerwieni. Poziom jeziora obniżył się o jeden metr. Inne śmiercionośne jezioro to Monoum. Leży w głębokim /96 metrów/ kraterze i zawiera bardzo duże ilości rozpuszczonego dwutlenku węgla. W tym miejscu 15 sierpnia 1984 roku na powierzchnię jeziora wydostała się bezwonna chmura gazu, która zabiła 37 osób. Naukowcy 2002 roku podjęli się trudnego zadania: odgazowania jeziora. W tym celu stworzyli sztuczny gejzer, wytworzony dzięki specjalnie skonstruowanej stacji pomp oraz połączonym z nią wielkimi rurami zanurzonymi w głąb jeziora Nayos.

 Niestety, nie na wiele zdało się wpuszczenie do jeziora rur, które miały odprowadzać część dwutlenku węgla do atmosfery! Badacze biją na alarm… znów gromadzą się olbrzymie ilości śmiercionośnego gazu… w każdej chwili może dojść do kolejnej tragedii! Obowiązuje całkowity zakaz kąpieli ze względu na możliwość uwolnienia się z dna trujących gazów… ale miejscowi nie przejmują się zakazem. Kobiety patroszą świeżo złowione ryby, inni się kąpią, wypływają pirogą w głąb jeziora… I zapraszają na przejażdżkę! Jak nazwać takie zachowanie? Odwagą czy  głupotą… sama nie wiem! W różnych częściach świata ludzie postępują podobnie, mieszkają u podnóża czynnych wulkanów… bo tam po prostu jest ich dom! Nie wszystkie jeziora w wygasłych wulkanach są tak niebezpieczne, jak  Nayos czy  Monoum. Zdjęcia, które zamieściłam pochodzą z jeziora wulkanicznego Tison, które znajduje się na północy Kamerunu. Było na co popatrzeć… kto wie może i tam gromadzi swój gniew "demon" tego jeziora…?

sobota, 25 czerwca 2011

Z codziennego życia...

Z samego rana taka wiadomość… tylko usiąść i zapłakać, ale dlaczego ja mam płakać, trzeba się po prostu nie dać zdenerwować, uspokoić a potem sprawę rozwiązać, jeśli się da… Siostro!!!! Natalii jest w ciąży!!! Cooooo!!!!! To będzie kolejne trzecie dziecko!

 Panie Boże, jak ja tego chłopa dorwę, to go po prostu uduszę, dam po pysku… /tak mówi Perlise, nasza sekretarka ze szkoły w  Doume… siedzę cicho, bo jeszcze mnie się oberwie, ale po cichu jestem za/, ale gdzie tego chłopa szukać?? A teraz wszystko po kolei. Więc, żebyście nas źle nie zrozumieli… Afrykańczycy kochają dzieci, rodziny są liczne, ale różnie to bywa z przychodzeniem dzieci na świat i ich wychowywaniem… ale to temat na inny post… Nasza Natalii jest chora psychicznie… może w dzieciństwie miała zapalenie opon mózgowych, nie wiemy, matka nie potrafi wytłumaczyć skąd ta choroba. Starszy syn zdrowy jak przysłowiowa ryba. Cóż miła z niej dziewczyna, ale nie potrafi sklecić jednego zdania, ciągle się śmieje i jest zadowolona z życia… a do tego wykorzystywana przez mężczyzn! Pierwsze dziecko to dziewczynka Edytka na cześć naszej siostry Edyty. Drugie dziecko to chłopczyk, któremu dano na imię Mirek, to imię na cześć naszego księdza Mirka…


Natali z Mirkiem i Edyta
Taki tutejszy zwyczaj-trochę pomożesz i dziecko otrzymuje twoje imię, a czasami także nazwisko misjonarza. Ludzie tutaj bardzo się dziwią  oglądając nasze paszporty, że rodzice i dzieci maja to samo nazwisko, a my dziwimy się, że każde dziecko w Kamerunie ma inne nazwisko… a na co dzień w domu używa się innych imion niż te, które są w karcie urodzenia, jeśli się ją ma… Na dzisiaj dwoje dzieci Natalii jest wspomaganych przez siostry Pallotynki i ks. Mirka. Dzięki Adopcji Serca dzieciaki uczęszczają do szkoły, bardzo dobrze się uczą. Ojcowie dzieci nieznani. Pod nieobecność matki dziewczyna ma wizyty towarzyskie, po prostu krótko mówiąc wykorzystuje się jej upośledzenie... to jest dla mnie nie do pojęcia! Mama Natalii jest wdową, która ciężko pracuje na swoje, córki utrzymanie i wnuków. Często jest w polu. Proponowałyśmy zabieranie Natalii na pole… ale ona nie chce, uparta, krzyk, płacz…i mamy w drodze na świat małego bobasa. Perlise powiedziała: znajdziemy ojca tego dziecka! Jak ona coś powie to i zrealizuje… więc zabrałyśmy się za śledztwo! Najpierw "przesłuchanie" pani Solonge / mama Natali/… kobieta zmartwiona, łzy leją się, jak groch… co zrobić, jak pomóc córce sama nie wie, jest bezsilna… nikogo nie widziała, sąsiedzi jakoby także nic nie wiedzą.

Babcia z wnukami
 Została Natalii … do przepytania, ale jak się z nią dogadać! Będziesz miała dzieciątko – mówimy, a ona na to z uśmiechem, kiwa głową, pokazuje rękoma swój brzuch, i dalej pokazuje, jak będzie rósł. Kto do ciebie przychodził Natalii, możesz nam powiedzieć? Dziewczyna zaczyna  burczeć brrrr... brrr… brrr… moduluje głosem, kopie nogą o ziemi i już, już się domyślamy, że chodzi  o…a ona zaczyna "jeździć"  po boisku…motorem!  Po prostu komedia! W tym nieszczęściu... a ja nie mogłam powstrzymać się od śmiech! To było ponad moje siły, zresztą nie tylko ja uśmiechałam się głośno.

najcenniejszy majatek rodziny: prosiak, ktorego
nazywaja Hektor
 Wiemy!!! Ojcem dziecka jest tzw. taksoman czyli ten, kto pracuje, jako taksówka motocyklowa. To już coś! Ilu ich pracuje w Doume i okolicach… mamy mały problem... w tym momencie, jak przysłowiowa burza, pędzi jeden z taksomanów zostawiając po sobie tuman kurzu! Ratują nas "dos–d’ane" czyli plecy osła czyta się "dodan".  "Dodany" to usypane w poprzek drogi małe wzniesienia z piasku dobrze ubitego, aby ostudzić prędkość motocyklistów i co niektórych misjonarzy, księży oraz innych osób siedzących za kierownicą… W jakim celu? Szkoła! W każdej chwili jakieś dziecko może być na drodze choć teren szkoły jest ogrodzony! Natalii krzyczy po swojemu pokazuje: to on, to on! No to cię mamy bratku!! Przewodniczący komitetu rodzicielskiego ruszył w pościg… Natalii została ukryta… i czekamy oczywiście z niecierpliwością! Doczekałyśmy się... gdy zobaczyłam pana, to usiadłam i zaniemówiłam! Elegancki pan nie chłop, już mi się odechciało lać go po pysku /śmiech/ nie dlatego, że mu się nie należało, ale dlatego, że nie mieściło się w mojej głowie, że on to zrobił. Jak przemówił okazało się, że bardzo rozgarnięty, uprzejmy… a nasza Natalii brudna, nieumyta, nieuczesana… co on w niej widział?!  Pan był przekonany, że chcemy, aby coś lub kogoś gdzieś przetransportował. Perlise i pan Effa przystąpili do rzeczy! Po gradowym potoku pytań, postawiono przed nim Natalii… pan trochę był zdziwiony, zaskoczony…musisz się nią zająć, jeśli nie to zgłosimy na policję…itp Przyznał się, że tak bywał u naszej Natalii... ale nie wiedział, że zostanie ojcem…on bardzo się cieszy…nie ma żadnego swojego dziecka, będzie się opiekował dziewczyną podczas ciąży, zapłaci wszelkie leczenie, kupi wyprawkę dla dziecka, jak dziecko skończy 6 lat weźmie je do siebie. W Kamerunie prawo do dziecka ma ojciec.

Edytka przy pracy
 Najlepsze w tej historii jest jeszcze to, że pan ma kobietę, z która mieszka, która ma kilkoro dzieci z innego związku… Tak więc ślubu nie będzie, ale dziecko ma ojca z imienia i nazwiska!  Najważniejsze, że jest ktoś kto zaopiekuje się i będzie konsekwentny w wypełnieniu tego, co obiecał! Jak w rzeczywistości będzie czas pokaże. Nasz motocyklista nie ma w zwyczaju jeździć drogą przez misję, to nie jego teren… Dlaczego odwiedzał Natalii? Tutejsi wierzą, że mając stosunki seksualne z chorymi psychicznie będzie się…bogatym! To już nie na moja głowę zrozumienie tych zawiłych wierzeń…..

wtorek, 21 czerwca 2011

Jeszcze raz o żabce

 Pewnego popołudnia w afrykańskim buszu król zwierząt rozmyślał nad mądrością i pięknością swoich poddanych. Hmm, trzeba zorientować się ilu moich poddanych jest prawdziwie mądrych, a ilu prawdziwie pięknych, co oni myślą o sobie samych. To może być ciekawe! Ogłoszono za pomocą tam-tamów, że jutro skoro świt wszystkie zwierzęta mają się zebrać na wielkiej polanie pod starym baobabem. Na wyznaczonym miejscu zrobiło się tłoczno i gwarno, zadawano pytania: o co znowu chodzi... co ktoś przeskrobał… a może król wymyślił jakąś nadprogramową pracę?
 Król zwierząt uniósł swoją łapę i nastała cisza. Wszyscy czekali w napięciu na słowa króla. Moi drodzy przed nami małe zadanie, całkiem proste. Zastanówcie się przez chwilę, kto z was jest mądry, a kto piękny. Kto zdecyduje się, że jest mądry idzie na prawo, a kto zdecyduje się, że jest piękny idzie na lewo. Zwierzęta zaczęły się uśmiechać, żartować i wybierać stronę prawą lub lewą… Przyszła kolej na żabkę.

 Popatrzyła na prawo i lewo, wzięła się pod boczki i zagniewana powiedziała: jak to sobie wyobrażacie - ja się przecież nie rozerwę!

 Na misjach jest tyle do zrobienia. I robisz, ale przychodzi czas, że masz dosyć prawie wszystkiego… i nie wiesz za co się zabrać, a słońce praży, jest tak wilgotno, nie ma czym oddychać, wszystko i wszyscy cię denerwują… to mija, bo z czasem doświadczasz prawdy, że wszystko zarówno to, co miłe, piękne zawsze w końcu przeminie. Ja na dzisiaj jestem wypalona i zamieniam się w czysty popiół… mądrzy ludzie są wokół i usłyszałam:  "Jeśli coś tak mocno cię porusza, to możesz być pewna, że na ciebie działa, przemyślisz i jutro będzie lepiej". Czyli po mojemu: zdobywam mądrość życiową!
 Choć ten świat bywa czasami trudny i niesprawiedliwy, to nic nie szkodzi… i tak życie jest piękne /tylko czasami mamy małe przerwy w naszym życiu codziennym/, jestem otoczona Wielką Miłością i ludźmi, którzy posiadają własną mądrość i są darem Boga dla mnie! Niektórzy mówią, iż nie można zobaczyć swojego odbicia w płynącej wodzie, tylko w stojącej… Trzeba się trochę zatrzymać… Jest wiele spraw, które trzeba zostawić swojemu biegowi, inne zależą wyłącznie ode mnie, więc dzisiaj mówię sobie, a właściwie powtarzam polskie przysłowie: robota nie zając nie ucieknie, a ludzie mogą poczekać… Jesteśmy przecież w Afryce, gdzie wszyscy mają czas!
 Trzeba trochę popatrzeć w tę stojącą wodę i poprzyglądać się sobie! Aby poprawić swój humor i nastawienie do świata biorę się pod boczki i mówię: przecież się nie rozerwę! I idę na plewienie grządek kwiatowych, może zmienię bukiety w kaplicy… ! Hmm… w życiu pewna dawka rozsądnego niezaangażowania może wyjść człowiekowi tylko na dobre, a przy okazji uspokoi umysł i duszę i … nie zawsze trzeba natychmiast reagować !!! Tylko jedno mnie niepokoi...jesli czegos nie zrobisz dzisiaj, mozesz nie zrobic nigdy...

Z ostatniej książki, którą przeczytałam W.Cejrowski w konwersacji z « dzikim » .   Pierwszego wieczora: - Słyszysz głos tukana, gringo?  - Nie.  A który to? – Ten co robi truk- truk…truk…truk… - Teraz słyszę. – To jest śpiew na dobrą pogodę, wyjaśnił.  A następnego dnia o wschodzie słońca było tak: - Słyszysz gringo? – Słyszę.  Znów robi truk-truk… wróży dobrą pogodę, odpowiedziałem zadowolony, że  coś wiem. – Nic nie wiesz, gringo. On teraz robi truk-truk na deszcz. – Ale przecież to jest takie samo truk-truk, jak tamto wczorajsze na pogodę, zaprotestowałem. – Będzie lało. Mówię ci, truka na deszcz! Miał rację. Godzinę później lało… po takim deszczu nic nie wyschnie przez parę dni, powiedziałem. – Wyschnie, wyschnie. Jeszcze dzisiaj, gringo. – Ciekawe gdzie? – Na słońcu. Nie słyszysz jak tukany śpiewają truk-truk? Będzie słońce jak drut! Indianin miał rację. Poszliśmy na polowanie… A kiedy piekliśmy mięso, tukany nad naszymi głowami znów robiły truk-truk. -  Tym razem trukaja na deszcz czy na pogodę – spytałem kompletnie skołowany. – Dlaczego wy, gringos, nie potraficie się nauczyć najprostszej rzeczy? Przecież wystarczy obserwować świat dookoła i człowiek od razu wie.

 – Skąd niby mam wiedzieć, które truk-truk wróży słońce, a które deszcz, skoro wszystkie te truki są identyczne!? – No właśnie. – Co «no właśnie»? Teraz dopiero byłem skołowany! – Popatrz w niebo – westchnął wywracając oczami. – Patrzę. – I co widzisz? – Słońce. – To znaczy, że będzie deszcz – znowu wywrócił oczami. – Aaaa… jakby był deszcz, to by znaczyło, że się rozpogodzi? – chyba zaczynam rozumieć! – No właśnie, uśmiechnął się, jak psychiatra na widok ciężkiego przypadku, któremu się odrobinę poprawiło. – Tukany robią truk-truk, kiedy idzie zmiana pogody – zakończył. – A jak nie ma być żadnej zmiany, to co robią? Chyba mi nie powiesz, że w porze deszczowej przez trzy miesiące w ogóle nie trukają? –Śpiewają ciągle – odparł spokojnie. To bardzo gadatliwe ptaki. – Zwyczajnie: truk-truk, truk-truk. Przez te wielkie dzioby nie wychodzi im nic innego!
Jaki z tego morał: Obcowanie z Indianami /myślę, że nie tylko z Indianami/ jest jak gra w «Chińczyka» - nie wolno się irytować. Trzeba zaakceptować. Takimi, jacy są – z ich tajemniczą logiką «dzikich ludzi». Oni to samo robią wobec nas «dzikich ludzi» akceptują niezrozumiałe. I uśmiechają się wtedy, jak psychiatrzy na widok ciężkich przypadków.
Z książki "Gringo wśród dzikich plemion" W.Cejrowski
Można popłakać się ze śmiechu i dowiedzieć się ciekawych rzeczy!