poniedziałek, 23 maja 2011

Barista...

Dzisiaj będzie o... kawie. Zapytano mnie wczoraj kto to jest Barista. Oczywiście nie wiedziałam… i wtedy usłyszałam: kawoszka... i tego nie wiesz…cóż teraz już wiem! Barista, to osoba przygotowująca kawę i napoje kawowe w barach kawowych. W Kamerunie nie spotkałam miejsca, w którym wyłącznie pije się kawę i je słodkości. Kawę dostaniesz prawie w każdym miejscu, gdzie jest coś do zjedzenia… nie można powiedzieć o niej, żeby była pyszna, bo podaje się nagminnie pospolitą Nesce Caffe, która krotko mówiąc - nie jest KAWĄ, to "coś", co zostało po przeróbce prawdziwej kawy. Pierwszą kawiarnię na świecie otworzono w jednej z dzielnic Stambułu i nazwano ją "domem kawy", a w Europie w Wenecji. Café Florian w Wenecji  do dzisiaj  /od 1720 roku/serwuje czarną, białą, słodką lub gorzką, mocną i niezwykle aromatyczną… jak kto sobie życzy! Najlepsza kawa świata? To zależy od gustu. Wiem, jaka kawa jest najdroższa… czy jest tak samo smaczna, jak droga, trzeba po prostu spróbować! 

kawowiec


 Kawowce tej kawy rosną  sobie na indonezyjskiej plantacji. Gdy dojrzeje nikt z ludzi jej nie zbiera. Na plantację w nocy przychodzi sobie cyneta, dzikie zwierzę przypominające kota, i spośród owoców, które spadły na ziemię wybiera najsmaczniejsze. Cyneta zjada jagody kawy, ale nie trawi samego ziarna kawy. Soki trawienne zwierząt rozpuszczają część skorupki, pozbawiając ziarna goryczy. Pracownicy plantacji zbierają odchody cynet i wybierają z nich ziarna, z których powstaje Kopi Luwak, za którą płaci się duże pieniądze. 0.45 kg kosztuje 600 dolarów, a za filiżaneczkę małej czarnej Kopi  trzeba zapłacić… 30 dolarów! Może kiedyś ktoś mnie zaprosi  na Kopi Luwak, ale czy będzie mi smakować… wiedząc, jak się ją zbiera?  Zastanawiam się czy można opisać aromat kawy tak, by ktoś go poczuł? Kawa ma jedno imię, ale wiele twarzy. Zazwyczaj podawana jest na gorąco, jest najbardziej popularną używką na ziemi i głównym źródłem kofeiny. Znają ja wszyscy; jest nieodłącznym elementem naszego życia, pijemy ją codziennie… misjonarze zaliczają się w większości do tej grupy ludzi, którzy po otwarciu oczu i zrobieniu znaku krzyża zaczynają dzień od małej czarnej. Krotko pisząc jej picie to rytuał.

plantacja kawy


Mało tego, większość z tych osób pije kilka filiżanek dziennie. Nie będę rozważać minusów picia kawy… Jeśli chodzi o mnie: piję kawę, bo ją po prostu LUBIĘ i według mnie, kawy nie da się porównać do żadnego innego napoju. Jest wyjątkowa i jedyna w swoim rodzaju!!!  Inni piją, aby obudzić się, dodać sobie energii, bo kawa działa pobudzająco, orzeźwiająco, zwiększa sprawność myślenia, które z samego rana jest przecież bardzo pożądane. Co by się nie powiedziało i napisało… pijemy nagminnie to czarne złoto. Po ropie naftowej kawa, jako surowiec króluje na światowych giełdach i jest źródłem sporych dochodów. Dzisiaj w  Kamerunie plantacje kawy nie są tak liczne, jak 30 lat temu z bardzo prostego względu: uprawa stała się nieopłacalna. Nie możemy się porównywać z największym potentatem uprawy i produkcji kawy jakim jest Brazylia… ale możemy podziwiać nasze kwitnące plantacje kawy kameruńskiej Coffea Charrieriana, która charakteryzuje się czekoladowo-jarzębinowym smakiem /w 2008 roku odkryto na stokach naszego wulkanu Cameroun nowy gatunek kawy Coffe Anthonyi/ a kwitnąca kawa może przyprawić o zawrót głowy. Jaki to wspaniały zapach… podobny do naszego jaśminu.


 Drzewko kawowe jest jedną z niewielu roślin, które może jednocześnie kwitnąć i owocować. W środowisko naturalnym kawowiec osiąga do 15 metrów wysokości, ale na plantacjach dla ułatwienia zbiorów przycina się je do 2 metrów tak, że otrzymuje postać rozłożystego krzewu. Kwitnie kilka razy do roku, po każdej porze deszczowej. Trzeba się śpieszyć, aby nie przegapić  kwitnąco-pachnącej plantacji… białe kwiaty szybko przekwitają. Uprawa kawy nie jest łatwa… ale spotkałam kilku Kameruńczyków, dla których uprawa kawy, to całe ich życie!
 Kawowiec kwitnie w 3 roku od zasadzenia, a owoce daje po 4-6 latach. Na jednym drzewku przez cały rok można oglądać dojrzałe i niedojrzałe owoce.


początki kawy... jest zielona


 Smak kawowego napoju zależy od wysokości, na której plantacja jest zasadzona, od temperatury, gleby, ilości deszczu, słońca… drzewka nie mogą rosnąć w pełnym słońcu, dlatego sadzi się wokół nich wysokie drzewa dające cień. I co spędza sen z powiek człowieka, który uprawia kawę? Szkodniki!!!  Jest ich aż 850, z których najbardziej niszczycielski jest pewien rodzaj grzyba – rdza kawowa! Uprawa kawy jest kosztowną sprawą, a pomimo to uprawiana jest w 70 krajach, z czego 50 ją eksportuje. Nasza kawa w Kamerunie opuszcza  kraj w walizkach misjonarzy… ale trzeba powiedzieć, że nie podbiła serca naszych najbliższych... mówią, że raczyli się lepszymi. Ale co by nie powiedzieć, mamy swoją kawę, nieprawdaż? Gdy owoce kawowca zmienią swój kolor z zielonego na czerwony, to jagody i zawarte w nich ziarna, są gotowe do zbioru. Od zarania dziejów odbywa się to jedną z trzech metod, z których  metoda nazwana Picking jest najdroższa, bo ręce człowieka odgrywają w niej najważniejszą rolę.


dojrzałe jagody kawy

 Robotnicy przechodzą miedzy alejami plantacji  zrywając owoce do wiklinowych koszy. Czynność tę powtarzają co kilka tygodni, zbierając owoce najbardziej dojrzałe. W wioskach przy domach można zobaczyć  zebraną kawę, którą rozsypuje się na matach lub bezpośrednio na ziemi  w kwadratach lub prostokątach zbitych z desek i suszy się na pełnym słońcu. Po upływie 3 tygodni ziarna przekłada się do mechanicznej łuszczarki, która usuwa z nich zeschnięte otoczki . Ten sposób obróbki nazywają "na sucho" a drugą metodę "na mokro". Palenie kawy odbywa się w wysokich temperaturach… i jest 5 stopni palenia naszej kawy: bardzo jasny, jasny, średni, czarny i bardzo ciemny. Może kiedyś będę miała okazję zapoznać się z procesami technologicznymi po zbiorach na wielkich plantacjach: mycie, suszenie, wyłuskiwanie ziaren, kolejne suszenie, sortowanie ziaren… ile się trzeba napracować, aby wypić ten "nektar" /śmiech/ a ci, którzy najwięcej się napracują, najmniej zarabiają, czyli wszędzie prawie tak samo!


domowe suszenie kawy


 Jeszcze muszę wspomnieć o… kolorze ziaren kawy, bo te są bardzo różne w zależności od kraju w jakim kawowce rosną. Różnią się pomiędzy sobą kształtem i barwą. Na Jamajce jagody kawy mają kolor zółty, w Kenii – jasno zielony, a brazylijskie ziarna kawy są zielono - żółte, a nasze kameruńskie bordowe! Przyjeżdżając do Kamerunu zastałam tradycję picia kawy każdego dnia o 10.00 na każdej misji i parafii. Podoba mi się ten zwyczaj. Kawa dla kawoszy, a ciasteczka dla łasuchów... każdy coś dla siebie znajdzie w piętnastominutowym "czasie na kawę"! 
 Ostatnio podczas "czasu na kawę" uraczyłam wszystkich legendami  o odkryciu kawy… Ktoś powiedział, że kozy /a wiecie kozy chodzą wszędzie/ były pierwszymi, które schrupały jagody kawowca. Objadły się ziaren i zaczęły zachowywać się jakoś podejrzanie w samo południe; a one o sjeście myśleć nie chciały! Zaaferowany opiekun podpatrzył i także pojadł, i również poczuł się bardzo rześko! Inni mówią, że picie kawy zawdzięczamy mnichom etiopskim /ojczyzną kawy jest Etiopia i po dzień dzisiejszy kawowce rosną tam dziko/, którzy na nocne modlitwy parzyli wywar z jagód kawy! Zostało coś z tego i mnie mniszce! Jak będzie Wam po drodze,/a kto chce, to zawsze mu po drodze/ to wstąpcie proszę... na kawę do Doume o 10. 00!!!

wtorek, 17 maja 2011

Krakowianka i Krakowiak... z Kamerunu

Miniony tydzień spędziłam w podróży. Wróciłam późnym wieczorem w sobotę, opublikowałam posta o naszych psiakach, bo tam gdzie byłam elektryczności nie bywa, a jak jest, to tylko z "plaków słonecznych". Połączenie internetowe owszem jest /kameruńskie/, ale tak słabe, że trzeba mieć szczęście, aby cokolwiek otworzyć czy wysłać… Kolejny wyjazd na podsumowanie roku szkolnego w naszych 9 diecezjalnych szkołach /w sumie mamy 24 szkoły/, które znajdują się w naszych rozległych  lasach. Do misji, w których znajdują się szkoły prowadzą drogi i trakty… w porze deszczowej trzeba mieć po prostu dużo szczęścia, aby cało, bez szwanku na ciele i duszy, dotrzeć do wyznaczonego celu i nie uszkodzić samochodu. Muszę powiedzieć, że mieliśmy szczęście; Aniołowie Stróżowie czuwali nad nami... a nie było łatwo. A pora deszczowa jest… kapryśna! Więc musisz nauczyć się  obserwować niebo, wyczuwać « nastroje » przyrody afrykańskiej i mieć zawsze w głowie i sercu, że jest to potęga, która potrafi zmienić wszystkie twoje plany. Do czego można porównać tę potęgę? Do starego afrykańskiego lwa raz kapryśnego, raz iście królewskiego w zachowaniu /śmiech/. I tak każdego ranka i wieczora podczas mojego podróżowania, słałam jasne, wyraźne i klarowne modlitwy w stronę nieba..., aby szczęśliwie dojechać do celu. Ostatnia szkoła, do której prowadziły nas zalane deszczem drogi, obchodziła w sobotę uroczystości  50-lecia swojego istnienia, więc nie mogło zabraknąć ekipy odpowiedzialnej za naszą diecezjalną edukację.
 I tak połączyliśmy pracę ze świętowaniem, żeby dwa razy nie jechać przez te koszmarne (w porze deszczowej drogi), krajobrazy, zieleń przepiękną! Goście z tych najdalszych stron zjechali się już w piątek. Misjonarze zostali "zagonieni" do pracy. Mnie w udziale przypadło krojenie kapusty na polski bigos, który był gotowany, jak na załączonym zdjęciu… pychota!

 Pieczenie ciast to także domena polskich misjonarek, a cała reszta, czyli mięso każdego rodzaju, sałatki, ryby... przygotowywały kobiety pracujące w szkole, sąsiadki, parafianki…, czyli po afrykańsku. Nie zabrakło zwierzaków z dżungli upolowanych przez myśliwych. Pierwszy raz widziałam dziką świnię, czyli po polsku dzika… niczego sobie dziczek!
Prace kuchenne zaczęły się w piątek od wczesnego rana w trzech miejscach, gdzie przygotowane były polowe kuchnie, czyli: kamienie, koniecznie trzy i drzewo dobrze wysuszone przytargane z lasu... las tuż obok i to nie byle jaki!


Ryby pieczone nad ogniskiem w specjalnej siatce, polewane specjalnymi przyprawami, to także specjalność Kameruńczyków. Tutaj przygotowuje się ryby na kilkanaście sposobów i każdą, którą kosztowałam była bardzo smaczna.

Uroczystości 50-lecia istnienia szkoły rozpoczęliśmy od Eucharystii. Jak na Afrykę przystało - śpiewy i tańce, bo jak inaczej się modlić...

Co niektórzy wysłuchali kazania po francusku, a tłumaczenie na język badjoue podarowali sobie... przecież chodzą już do przedszkola i dobrze rozumieją język francuski... dwa razy tego samego słuchać nie będą!
 I dobrze zrobili, że się przespali, bo jeszcze apel, występy... a słońce już prażyło!
Szkołę w Essiengbocie założyli Ojcowie Spirytyni w 1947 roku.
W 1961 roku szkoła została zatwierdzona przez państwo. Dzisiaj w szkole podstawowej i przedszkolu uczy się 320 dzieci. Po Mszy świętej odbył się apel, wciągniecie flagi kameruńskiej na maszt i odśpiewanie hymnu, zresztą jak każdego dnia w szkole, i zaczęły się przemówienia, prezenty i część artystyczna...




                      
A to nasz Sekretarz odpowiedzialny za szkoły. Jest jednym z dwóch świeckich, którzy otrzymali tę ważną funkcję we wszystkich istniejących kameruńskich diecezjach. Nasza ekipa liczy 5 osób, trzy osoby świeckie, które pracowały w szkolnictwie i dwie siostry.
Część artystyczna... o było na co popatrzeć! Tańce, śpiewy, skecze, pokaz mody, poematy... dzieci wszystko potrafią!

Największe brawa otrzymała Krakowianka i Krakowiak... ubrani jak ci z Polski, tyle że trochę innego koloru skóry... a Krakowianka miała nawet dwa długie warkocze i zatańczono przy akompaniamencie muzyki krakowiaka!


Zapowiedź występu i do tańca prosimy! Chłopcy, jak polski zwyczaj nakazuje, cmok dziewczynki w rękę ... i poszli w tany!









Przygotowanie takiego święta wymaga czasu, pomysłu... nad wszystkim czuwała s. Regina, która kieruje tą szkolą. Dostała piękny bukiet kwiatów i wiele, wiele ciepłych i serdecznych słów podziękowań i jak kameruński zwyczaj nakazuje zaproszeni goście nie przybyli z pustą kieszenią, a właściwie nie przybyli z pustą kopertą... Wspólny posiłek był uwieńczeniem święta, bo bez dobrego jedzenia święto byłoby nieważne. Główna odpowiedzialna upiekła tort... z pięcioma warstwami kremu i kto chciał zjeść kawałek, trzeba było sięgnąć do portfela /to także tutejszy zwyczaj/...kasa szkolna powiększyła się trochę, a my mieliśmy ucztę tortową. Nie dla wszystkich starczyło... Cóż, na koniec przytoczę słowa, które powiedział proboszcz tej parafii, a on z kolei zacytował naszego ks. Biskupa - Błogosławiony Jan Paweł II powiedział w Wadowicach... "tutaj się wszystko zaczęło..." i w Essiengbocie wszystko się zaczęło... ale tak naprawdę nic się nie zaczęło, nic się nie skończyło... kontynuujemy...!!!"







sobota, 14 maja 2011

Historia pewnej psiej milosci...

Ostatnio jeden z naszych europejskich gości powiedział : « O! Na biednych misjach macie takie piękne i drogie psy!» /nie jestem pewna czy one są piękne, bo utrzymać psa w tropiku, to nie lada wyczyn/

  Mamy, bo jak mieć, to nie byle Co /śmiech/! Nie sądzę, że są drogie, bo to nie rasowe psy, a że wyglądają jak rasowe… A poważnie pisząc: pies jest wierny i nie zdradzi, nie sprzeda za kilka franków, nie ukradnie, chyba, że kawał kiełbasy, mniej kosztuje… od stróża. Mieliśmy takiego stróża, który przychodził pilnować dobytku w naszym ośrodku zdrowia z łukiem i zatrutymi strzałami, ale jak zasnął, to ukradli mu nie tylko zatrute strzały, ale i jego kapotę! Byli i tacy, którzy za dnia robili dziury w płocie, przygotowywali różne rzeczy, aby w nocy móc je wynieść. A my zachodziłyśmy w głowę, gdzie podziały się takie czy inne rzeczy i jakoś dziwnie nasze psy robią dziury w płocie… były robione nie od środka tylko od zewnętrznej strony. Przez myśl nam nie przyszło, że nasz zawsze uśmiechnięty, gotowy do pomocy chłopak robi nas na szaro, a do tego prawie każdego dnia nasze psiska dostawały burę! Innym razem złodzieje ukradli siatkę... po prostu zwinęli ją, a stróż nie widział i nie słyszał nic! Często nocny stróż współpracuje ze złodziejami, bo wie, co się gdzie znajduje, jakie zwyczaje mają siostry.

 Za mojego pobytu w naszej diecezji miało miejsce kilka kradzieży poważnych i wiele, wiele mniej poważnych. Dwa razy miał miejsce napad z bronią w ręku, ale nic się nikomu nie stało. Napadnięte siostry narobiły krzyku, inne w tym czasie pozamykały to, co trzeba, powyrzucały klucze… Zawsze trzeba coś dać złodziejom i najlepiej nie dyskutować… Choć powiedzcie sami, jak kobieta może nie dyskutować nawet ze złodziejem? Siostra Lucjana /Michalitka/ tak dyskutowała, a właściwie przemawiała do zdrowego rozsądku, dawała przykłady miłości bliźniego, mówiła o poświęceniu… że zmiękło serce szefa zamaskowanej bandy z bronią… zostawił  telefon i nawet parę groszy! Nie zawsze jest tak pięknie, nie zawsze ma się takie szczęście albo po prostu trzeba być s. Lucjaną! Misjonarze mówią: jak przyjadą złodzieje - oddaj wszystko, co masz, bo przecież pieniądze, rzeczy materialne są niczym w porównaniu z życiem, zdrowiem… W ostatnich latach zginęło bardzo wielu misjonarzy. Oddali swoje życie za wiarę, ale także zabito ich na tle rabunkowym i wcale nie zanosi się na to, że będzie lepiej!  Więc złodzieje złodziejami, a życie jest życiem i dalej płynie, i nie o złodziejach miałam pisać tylko o psiej miłości.

Na biskupstwie gdzie mieszkamy nigdy nie było stróża tylko PSY. A zaczęło się od Szreka, psa, którego ks. Biskup dostał w prezencie. Szrek nie może być bez Fiony… i przybyła razu pewnego piękna Fiona, która zawładnęła psim sercem Szreka i odwrotnie, a biskupstwo w Doume zyskało dwoje nocnych stróżów. O naszych psach na wiosce mówią “lions” czyli lwy... do lwow im daleko, nawet bardzo, ale jak zaszczekają, to można się bać. Upodobania także maja dziwne. Nie możemy dojść jakim systemem się posługują. Nie dzielą ludzi na Czarnych i Białych… mają swoich ulubionych z obu kolorów i takich, do których miłością nie pałają!  Ogólnie mówiąc wszyscy zostają wpuszczeni, ale nie wszyscy  wychodzą.  Nasza psia para bardzo wspiera się w chorobie; jak Szrek jest chory - Fiona potrafi mu przynieść w pysku papaja, którego znalazła pod drzewem, oddać swoje jedzenie… Szrek nie jest tak oddany Fionie… chyba myśli, że mu się po prostu należy! Nasze psy potrafią upolować węża, szczura, ptaki ,a o kotach nie wspomnę!

Nie raz ostrzegły przed leżącym na schodach wężem.
 Wielu w naszej diecezji czekało na potomstwo od naszej psiej pary… Wydawało się nam nie jeden raz, że będą szczeniaki, a tutaj nic. Razu pewnego, a było to 6 marca w niedziele idę raniutko zamknąć nasz zwierzyniec… Szrek dziwnie się zachowuje… uszy spuszczone, pysk prawie przy ziemi, nie skacze… pytam: "gdzie masz Fionę", wiadomo nic mi nie odpowiedział, ale popatrzył na mnie znacznie /naprawdę!/ Prawie calą noc szczekał pod moim oknem, już miałam wstać i odbyć z nim rozmowę wychowawczą …,ale pomyślałam sobie, że chyba nie zrozumie… Szreka zamknęłam i poszłam  szukać Fiony… i znalazłam ją pod cyprysem razem z 6 szczeniakami… narobiłam krzyku radości, pobudziłam wszystkich!  Zgłosiłam się na matkowanie szczeniakom i przyjęto moją kandydaturę bez sprzeciwu. No i rozdzwoniły się telefony… Miałam trudny wybór, komu dać małe szczeniaki …,żeby było sprawiedliwie dostali ci, którzy zgłosili się jako pierwsi.


 Co mówią i myślą o psach Afrykańczycy? Co mówią, to trochę wiem, co myślą tak naprawdę… nie wiem!
 Kucharz ks. Biskupa mówi, że  dla Kameruńczyka pies jest po pierwsze przyjacielem, po drugie można go zjeść, i po trzecie jest obroną przed czarami. Myślę sobie, jaki przyjaciel… często zagłodzony, chory… owszem co niektórzy chodzą na polowanie z psami i zapewne są one pomocne w dżungli. Psa można zjeść /nie tylko w Afryce/. Emanuelle mówi, że to bardzo dobre mięso. Przyrządza się je tak, jak każde inne zwierzę… z małym wyjątkiem: psa, którego chce się zjeść i który ma obronić przed czarami musi być uduszony, dodaje się soli, przyprawy i bardzo dużo, dużo pimontu, czyli małe papryczki i liście tabaki. Danie z psa przygotowują tylko mężczyźni. Jeśli ktoś chce, aby ludzie dobrze pracowali na jego polu trzeba ogłosić, że po pracy będzie do zjedzenia pies. Przyjdzie bardzo dużo ludzi: starzy, młodzi, dzieci i będą bardzo dobrze pracować… czyli po mojemu psie mięso w Kamerunie ma właściwości ochronne przed czarami. Pytałam siostrę Rwandyjkę i Burundyjkę, jak to jest z tymi psami tutaj, bo Emanuel powiedział… "Racja Judyto, ale nie w tej kolejności …po pierwsze ochrona przed czarami, po drugie jedzenie i na trzecim miejscu: pies pilnuje domu.

 Emanuel nie raz miał propozycje przeszmuglowania naszych “lwów” przez płot w celach konsumpcyjnych
 i “czarowniczych”.

Póki co nasze psy jeszcze żyją i maja się dobrze… a ja dzisiaj żegnam się ze szczeniakami… idą na służbę misyjną.




piątek, 6 maja 2011

Na Mango przyszedl czas...

Z nastaniem pory deszczowej wszyscy tęsknie spoglądają  w stronę mangowca i myślą sobie: kiedy wreszcie będą dojrzałe te przepyszne owoce? Co niektórzy nie mogąc się doczekać zjadają jeszcze zielone, ale chyba nie wiedzą, co tracą!
Dla mnie mango jest najsmaczniejszym owocem świata.

Mango jest owocem wiecznie zielonego drzewa, które uprawiane jest od ponad 5 tysięcy lat.
Jest wysokim drzewem, bo sięga 40 metrów; ma rozłożyste konary, które dają cień, a co by nie mówić cień w Afryce to bardzo pożądana rzecz! Tam gdzie rośnie mangowiec, tam spotkasz ludzi. Tam gdzie ludzie w Afryce, tam znajdziesz zawsze coś do zjedzenia... gdy nadchodzi czas na manga pod mangowcem możesz zjeść "owoce tęczy" lub "owoce bogów", jak kto woli! W mojej szkole mamy dwa mangowce, pod którymi zrobione są ławeczki... więc kiedy żar leje się z nieba, w klasach gorąco, dzieciaki na przerwach siedzą pod drzewami i nikomu nie chce się biegać, grać w piłkę... wszyscy szukają cienia. Nasze mangowce są bardzo stare, ale co roku rodzą zielone manga, które zwisają z gałęzi na długich "sznurkach".

Mangowce rosną przy drogach, w dżungli, przy domostwach... można je spotkać prawie wszędzie. Na świecie jest około 1000 odmian tego drzewa. Owoc tego drzewa ma lekko spłaszczony gruszkowaty kształt. W środku znajduje się duża pestka a wokół niej żółty "miodek".

 Jakie owoce są najlepsze... te z lasu czy te znad drogi, a może z naszego szkolnego mangowca?

 Te z lasu maja skórkę z odcieniem zielono - żółto - czerwonego... te kolory mieszają się ze sobą, że nadają każdej mandze niepowtarzalaną urodę. Z racji tych kolorów niektórzy nazywają mango owocem tęczy.



Manga w misce zostały zerwane
w lesie i mają trochę inny smak od tych zielonych, których u nas na wiosce można kupić - w sezonie mangowym - wiadrami.
Jemy je rano, w południe i wieczorem. Obiecujesz sobie, że zjesz tylko jedną, może dwie... a potem patrzysz na talerz i widzisz z pięć albo więcej pestek, i zastanawiasz się, która z siedzących obok osób podrzuciła te pestki na twój talerz, bo na talerzu sąsiada pestki ze zjedzonych mang już się nie mieszczą /śmiech/!

Z mango można zrobić konfitury, można je ususzyć, zrobić ciasto, kompot... Nie wiem czy znacie siostry zakonne, one są specjalistkami od wymyślania różnych rzeczy szczególnie te na misjach. Więc jednej zachciało się szarlotki z jabłkami... ale gdzie w buszu znajdziesz jabłka! Mangowce miały już owoce, ale jeszcze zielone... a może by spróbować zastąpić jabłka mangami? Jak pomyślała, tak zrobiła. Zerwała zielone manga, obrała ze skórki, dodała cukru, cynamonu, przygotowała ciasto... i wstawiła do piecyka.
I co wyszlo? Prawdziwa, pyszna szarlotka!


Z jedzeniem tego owocu, to też nie łatwa sprawa. Jest kilka sposobów jedzenia manga... każdy zachwala swój.

 Jakkolwiek byś jadł, zawsze się pobrudzisz, sok cieknie po dłoniach, pestka nie raz wyślizgnie się na prześliczną sukienkę lub habicik! Jest metoda, by się nie pobrudzic... po prostu nie jeść!!!
Lecz kto się na nią zdecyduje znając smak mango? Myślę, że nikt!

Gdy na mango przychodzi czas dzieci kameruńskie robią "marche", czyli zbierają gdzie się da owoce mangowca z drzew przy drodze, które należą do wszystkich, z drzew przy domostwach i sprzedają jedno mango po 25 franków. Swoje "marche" robią przed szkołą, po szkole albo w sobotę, gdy nie mają nauki w szkole.

Dziewczynki, chlopcy idą "na marche" robią sobie straganik, jak na załączonej fotografii i czekają na chętnych, którzy kupią mango! Co robią z zarobionymi pieniążkami... różnie to bywa... kupują cukierki, ciastka, ołówek lub długopis, ale bywa i tak, że zarobione pieniądze oddają rodzicom.

Można sprawić sobie metalowy talerz i na nim poukładać manga i hop na głowę, i w drogę...

Prawie zawsze kupuję manga od dzieci, aby wynagrodzić ich zaradność!
Często i gęsto kupuję wszystkie, które mają ... a biorę tylko jedną i w ten sposób choć trochę im pomagam.






poniedziałek, 2 maja 2011

Misja w Atoku i Jan Pawel II

Misję w Atoku odwiedzam często, ponieważ znajduje się przy głównej drodze, która prowadzi do Yaounde, a w zwyczaju misjonarzy jest odwiedzanie misji, które po drodze i nie po drodze.
Atok zawsze przypomina mi Ojca Świętego Jana Pawła II.

Misję w Atoku
objęli na prośbę ks.Biskupa Jana Ozgi księża Marianie, którzy przybyli do Kamerunu w 1999 roku. W 2002 roku otrzymali opuszczoną, zaniedbaną misję i parafię w Atoku. Po kilku latach Atok zmienił się nie do poznania.
W liście pasterskim na Wielki Post 2004 ks. Biskup zaprosił wszystkich wiernych do modlitewnej nowenny, która miała nas przygotować duchowo do świętowania kolejnej niedzieli Miłosierdzia Bożego. W sobotę, dzień poprzedzający 18 kwietnia zorganizowano po raz pierwszy pieszą pielgrzymkę, która szła promieniście z trzech miejsc naszej diecezji. Pomimo, że całą noc padało nie przeszkodziło to nikomu, aby wczesnym ranem wyruszyć na pielgrzymi szlak do Atoku. Przybyło wtedy  do Atoku na pieszo około 700 osób. Grupy pielgrzymów i pozostali przybyli wierni zgromadzili się o 15. 00 na koronce do Miłosierdzia Bożego. O godz. 20 zaczęło się wigilijne czuwanie przed świętem.
W niedziele Miłosierdzia Bożego podczas Eucharystii ks.Biskup Jan Ozga wniósł relikwiarz Siostry Faustyny, który został umieszczony pod zasłoniętym obrazem. Obraz Jezusa Milosiernego zostal poswiecony przez Jana Pawla II 4 pazdziernika 2003 roku. Jan Pawel II powiedzial do ks.biskupa Jana Ozgi i ks. Franciszka Filipce MIC:"Allez et annonces: Jesus j'ai confiance en Toi, Jezu ufam Tobie". Po chwili odsłonięto obraz, jako ryt intronizacji, do ołtarza zbliżyła się procesja tradycyjnych wojowników i dziewcząt, które tańczyły witając Króla. Na znak radości bito w bębny, grano na balafonach, na rogu "wydymano" melodie miłosierdzia, kobiety nuciły swoje "impundu" a chór zaśpiewał nową pieśń.

I tak w tym miejscu 18 kwietnia 2004 roku w II niedzielę po Wielkanocy ks.Biskup zawierzył diecezję Chrystusowi Miłosiernemu ogłaszając równocześnie kościół w ATOKU jako Sanktuarium Regionalne Bożego Miłosierdzia.
Byłam wtedy po raz pierwszy na Uroczystości Miłosierdzia Bożego w Atoku. Drugi raz wybrałam się następnego roku razem z s. Izabelą. Dołączyłyśmy do pielgrzymów zdążających do Atoku... mając w sercu sprawy zgromadzenia, diecezji i osobę Ojca Świętego Jana Pawła II, którego stan zdrowia bardzo się pogarszał.

My Polacy, których jest trochę w naszej
diecezji byliśmy tego dnia bardziej razem niż na co dzień... Pielgrzymi, jak zwykle dotarli na miejsce przed godzina Miłosierdzia Bożego. Modlitwa była zanoszona w intencji Jana Pawła II. W Atoku nie ma prądu /włącza się agregat wieczorem/, ale tego dnia księżą Marianie włączyli "grupę", abyśmy mogli zerkać na ekran telewizyjny i słyszeć co dzieje się w Rzymie... Pomiędzy pielgrzymami panował spokój, mało kto został przed telewizorem...
większość na kolanach modliła się... nie wiem o co...może o cud, może o dobrą śmierć dla Jana Pawła II, aby więcej nie cierpiał, może o to, aby na świecie był wreszcie pokój... nie wiem...ja po prostu byłam i czekałam, i myślałam... żeby to wszystko umieć przyjąć i po prostu przeżyć.

 O godz. 21. 45 Ks. Biskup ogłosił nam smutną wieść - Ojciec Święty Jan Paweł II odszedł do domu Ojca w niebie. Przed ołtarzem postawiono fotografię Papieża z czarnym paskiem; nie wiadomo skąd znalazły się bukiety kwiatów i cisza, którą pamiętam do dzisiaj i to, że wszyscy afrykańscy kapłani, siostry składali nam kondolencje, tak jakby umarł mój Ojciec... to było bardzo wzruszające.
Przez głowę każdego przeszła myśl - mamy Świętego!

"Czym różni się człowiek nieświęty od świętego?
Nieświęty, jeśli zgrzeszy, potrafi rozpaczać, zgrzytać zębami, gryźć siebie przez całe miesiące. Święty - jeśli zgrzeszy - od razu rzuca się w ramiona Boże, może poznać nędzę grzechu, ale liczy tylko na Boże Miłosierdzie.
Święty to człowiek, który świadczy o zmartwychwstaniu Chrystusa, o życiu Chrystusa i jest świadkiem Boga żywego i kochającego.
Święty najpierw świadczy o zmartwychwstaniu Chrystusa, to znaczy wierzy w potęgę ziarna, które obumarło, ziarna, które zostało po ludzku podeptane, rzucone w cień, a które powstaje dzięki mocy Bożej.
Ten, który świadczy o zmartwychwstaniu Jezusa, a potem o Jego życiu, jest jednocześnie świadkiem Boga żywego i kochającego, który posługuje się nami w każdej chwili"  /z pism J.Twardowskiego/


W sobotę pojechałam po raz trzeci do Atoku na świętowanie Uroczystości Miłosierdzia Bożego i ogłoszenia Jana Pawła II błogosławionym.
O godz. 15. 00 tradycyjnie odśpiewaliśmy koronkę do Miłosierdzia Bożego (w pięciu językach), która otworzyła nasze modlitewne czuwanie. Do Atoku przybyli pielgrzymi z różnych stron Kamerunu.
O 18. 00 rozpoczęła się Msza Święta z uroczystości Miłosierdzia Bożego. Księża Marianie, jak zwykle zresztą, przygotowali oprawę liturgiczną z licznymi elementami kultury afrykańskiej: śpiew, taniec... nie było chyba osoby, która nie poszłaby w tany... Cóż, jak już pisałam-to trzeba zobaczyć i przeżyć samemu!
Od 21. 00 do północy trwała modlitewna medytacja na temat życia Jana Pawła II. Rozważaliśmy posłanie, które Jan Paweł II zostawił światu: "Nie bójcie się otworzyć serca dla Chrystusa".

Następnego dnia o 7. 00 została odprawiona niedzielna Eucharystia, która trwała... jedną godzinę, co w Afryce jest bardzo rzadko spotykane. Musieliśmy zdążyć na transmisję Mszy Świętej "en direct" z placu Św. Piotra w Rzymie.
W kościele przygotowano ekran i razem z wiernymi zebranymi na placu Św. Piotra czekaliśmy na uroczyste ogłoszenie Jana Pawła II błogosławionym.
I w naszym kościele w Atoku w dalekim Kamerunie posypały się brawa, zabrzmiał bęben, popłynęły łzy... z radości i ze wzruszenia.


Błogosławiony Jan Paweł II na naszym ekranie w Atoku /żebyście czasami nie byli jak niewierny Tomasz/... oglądaliśmy i widzieliśmy!
Papież Benedykt XVI powiedział wiele pięknych słów podczas homilii... do mnie przemówiły słowa:
 "...Jan Paweł II do końca był skałą pomimo cierpienia..."

Kto wytrwa do końca w miłości Boga i człowieka ten będzie zbawiony... o to proszę dla siebie i dla Was przez wstawiennictwo błogosławionego Jana Pawła II.


czwartek, 28 kwietnia 2011

O deszczu, błocie i ... żabie

Deszcz -  kto nie słyszał, nie widział, nie doświadczył deszczu … ale wiesz, co to jest deszcz? To wielkie pranie w niebie. Wszystkie brudne, czarne chmurzyska kąpią się aż woda na ziemię pryska /z pewnego wiersza/

 Deszcz, to najstarsza kołysanka świata … oj, jak dobrze się śpi, gdy pada sobie tak, jakby od niechcenia. Deszcz to wróg policjantów… zmywa wszelkie ślady niczym sprzymierzeniec przestępcy… i należałoby, bez dwóch zdań, oddać deszcz pod sąd. Ulewa owszem robi porządki, ale niekiedy z tymi porządkami przesadza!
 Deszcz w Kamerunie różne ma imię. Wiosna w Afryce to pora deszczowa i... bywa "kapuśniaczek" zwykle nad ranem, gdy mgła opada, bywa oczekiwany, gdy zaczyna się pora sadzenia kukurydzy, orzeszków arachidowych, kiedy kawa zaczyna kwitnąć tysiącami małych białych kwiatków, kiedy nie ma źdźbła zielonej trawy, kiedy w powietrzu unosi się pył i niebo ma kolor różowy… wyglądamy deszczu… i zaczyna padać, czyli następna pora deszczowa nadeszła. Jest czym oddychać, parasole idą w ruch, kalosze na nogi. I uwielbiam ten czas… pada, a właściwie LEJE, jakby ktoś wylewał wiadra wody z nieba, wszystko i wszyscy zwalniają swoje obroty, albo wcale ich nie włączają, zaczyna się deszczowe afrykańskie leniuchowanie… Nie ma szkoły, poczta zamknięta, biura zamknięte, ośrodki zdrowia puste, personel jeśli przyszedł to śpi na biurkach. Jakie było moje zdziwienie, że poczta, sklepy w naszej stolicy z powodu deszczu  ZAMKNIĘTE, będą otwarte gdy przestanie padać! Ulice puste… możesz zwiedzić miasto, wszystkie zakamarki, robić zdjęcia, ile tylko zapragniesz, bo nie "uwidzisz" ani pół policjanta, możesz przejechać na czerwonym świetle, żółte taksówki mają wolne, czas się zatrzymał!
 Nasze kameruńskie ulewy chodzą w parze z burzami. Niebo rozświetlają pioruny, których tyle nie widziałam, jak długo żyję. Nie jeden raz piorun uderzył w nasze palmy, w dom, nie jeden raz spalił nam urządzenia elektryczne, choć wszystko było powyłączane. Gdy usłyszymy choćby mały pomruk burzy, choć nie widać ciemnej chmurki, biegiem wyłączamy wszelkie urządzenia, bo na porządku dziennym mamy tzw. suche burze. Piękny to widok: niebo robi się ciemne, przyglądasz się ciężkim deszczowym chmurom na horyzoncie, deszczu  jeszcze u nas nie ma, ale go słyszysz, bo już pada 500 metrów od nas… Ktoś kiedyś powiedział, że każdy mężczyzna, który przeżył generalne porządki w swym domu, wie i rozumie dlaczego burza jest rodzaju żeńskiego /śmiech/. Koniec końcem zawsze po burzy wychodzi słońce i u nas nie jest inaczej… Po wielkiej ulewie przychodzi słońce, robi się parno... następnego dnia to samo… i po pewnym czasie mam dosyć pory deszczowej… i wyglądam pory suchej… Nie pomyślcie czasem, że podczas pory deszczowej nic nie robimy tylko leniuchujemy… między nami mówiąc leniuchować także trzeba umieć! Takie deszczowe dni kiedy leje cały dzień należą do rzadkości. Leje przez dwie, trzy i więcej godzin i potem nagle robi się jasno, i jest prawie tak, jakby nie padało, gdyby nie błoto, kałuże i wszelkie doły pełne wody! Po kilku godzinach prażenia naszego słońca po kałużach, błocie nie ma prawie śladu!
Błoto – z kameruńskim deszczem  nierozłączne jest błoto koloru cegły, które lepi się do wszystkiego! Po każdym wyjściu z domu zabierasz się do szorowania butów i nóg. Biada tobie jeśli zostawisz obłocone buty… błoto zaschnie na kość i masz podwójną robotę!  Najlepiej na bosaka… nie jeden raz siedziałam w pralni w dużym zlewie i szorowałam swoje stopy… ostatnim razem  trzeba było, pomimo zdrowego rozsądku, którego siostry Pallotynki maja sporo /śmiech/, wyjechać w deszcz… i nie dało się podjechać autem pod małą górkę! Maczeta poszła w ruch, podkładamy liście z palm, jakieś gałęzie pod koła, pchamy, ciągniemy, jesteśmy  mokre od deszczu, śmiechu, buty w samochodzie, a my na bosaka, po kostki w błocie… jak za dawnych dziecięcych lat, rój owadów radośnie bzyka i wchodzi do oczu i kąsa… co niektórzy zawsze mają kawę pod ręką, wiec popijamy, bo podobno podnosi ciśnienie i koi nadszarpnięte nerwy… i gdyby nie Opatrzność Boża, która przysłała nam rosłych mężczyzn siedziałybyśmy pod tą górką i w rowie do dzisiaj! Wiecie, deszcz deszczem, błoto błotem, a takich rozsądnych jak my jest więcej… i nie jedna droga jest zablokowana przez auto większe czy mniejsze i wtedy sprawdza się powiedzenie, że najdalej zajdziesz na swoich nogach, albo kup sobie motocykl, co nie oznacza, że dotrzesz do celu, bo gliniasty trakt w porze deszczowej zmienia się w błotniste trzęsawisko.
Żaby - a ich deszczowe koncerty, burczenie, kumkanie, donośne trele, przeciągłe rechotanie… to jedno z najbardziej nastrojowych głosów w naszej naturze… Uchowaj Boże!!! W Afryce nie ma spokojnej nocy… Pora sucha - usłyszysz wszelkie żyjące tutaj cykady, świerszcze  i tak śpiewaj, że się w końcu przyzwyczaisz i wychodzisz wieczorkiem posłuchać, popatrzeć na miliony gwiazd i porozmyślać o życiu i śmierci i zapytać raz jeszcze i nie ostatni : co mnie tutaj do Afryki przywiodło?
 W porze deszczowej prym wiodą żaby wszelkiego rodzaju z ich rechotaniem. To jest koncert na tysiące głosów! Jedne kończą, drugie zaczynają! Już masz cichą nadzieję, że będzie cisza… i jest minutę, dwie i na nowo zaczyna się koncert… Na żabie łowy zapraszamy! A miłośnicy żab biją na alarm, bo co trzeci gatunek z prawie 6500 tysięcy żab zagrożony jest wyginięciem. No cóż, żabie udka mają swoich smakoszy i jak mi wiadomo, co roku ludzie zjadają 11 ton tego przysmaku, który nazywa się żabka! Przyjeżdżajcie do Doume i łapcie, zbierajcie, polujcie, zastawiajcie sidła… Ale od jednej żabci proszę z daleka! Ta żabcia to Goliat Płochliwy. Jest największą żyjącą żabą na świecie i żyje w rzekach o szybkim prądzie, często w pobliżu wodospadów tylko w Kamerunu i Gwinei. Może osiągnąć 40 cm długości i waży ponad 3 kg, i jej mięsko jest bardzo smaczne. A jak skacze… skok naszego Goliata dochodzi do 6 metrów i trudno go złowić, bo naprawdę jest płochliwy i bardzo ostrożny. Prowadzi, jak na żabę przystało wodny tryb życia. Jada ryby, inne żaby, małe ptaki. Goliat jest objęty międzynarodową ochroną, bo grozi mu wytępienie ze względu na smaczne udka i pozostałe części zabietego ciała. Na zdjęciu to chyba malutki Goliacik Płochliwy. Chłopcy, którzy go przynieśli myśleli, że jestem miłośniczką żabich udek i chcieli zrobić interes… nie zrobili! Może jednak mogłam ją kupić i... hodować?
I może zrobiłabym  interes z... Goliatem Płochliwym!
Nie było jeszcze Pallotynki
 zajmującej się hodowlą żab! Gazety pisałyby, nie jeden reportaż zostałby napisany, nie jedno zdjęcie by zrobiono... i może uzbierałabym trochę środków finansowych na budowę budynku szkolnego, w którym byłby pokój nauczycielski i magazyn... może jeszcze na płot by coś zostało!