piątek, 17 lutego 2012

O fryzurach i fryzjerach...

Co było pierwsze: fryzury czy fryzjerzy?


 Myślę, że fryzury, bo coś z włosami można zrobić samemu, a kobieta bez zmiany fryzury długo nie wytrzyma, oczywiście nie wszystkie, ale to są wyjątki bardzo rzadkie! Cóż, fryzura nie jest tylko ozdobą, ale wyraża osobowość każdego człowieka.

 Nigdy nie rozumiałam i do końca jeszcze nie rozumiem dlaczego kobiety pod każdą szerokością i długością geograficzną uwielbiają chodzić do fryzjera, zmieniać swoje fryzury, choćby tylko przyciąć o pół milimetra swoje włosy... Ja, która należę do tych bardzo rzadkich wyjątków /śmiech/ do fryzjera byłam prowadzana jako mała dziewczynka... a potem tylko i wyłącznie długie włosy, z którymi nie ma kłopotów, no bo jakie?


 Razu pewnego, moja przyjaciółka oznajmia mi /byłam na urlopie w Polsce/, że dzisiaj ma wizytę u fryzjera.... "Wiesz, mówi mi, to jeden z najlepszych fryzjerów  w naszej okolicy, kolejki do niego, trzeba czekać kilka tygodni i dłużej!" Patrzę na jej głowę spowitą włosami i myślę, po co jej ten fryzjer, dobrze wygląda i tym włosom nic, a nic nie brakuje... ale chyba się nie poznałam na brakach w jej fryzurze.


 Pojechała, długo jej nie było... nie dziwi nic, tyle co wiem, u fryzjera się siedzi, czeka, robi coś z włosami...

 Wróciła cała w skowronkach!  "Jak ci się podoba?"
 Pytam: co mi się ma podobać? "No, jak to co? Moja nowa fryzura!" Musiałam szybko włączyć moje szare komórki, aby nie popełnić jakieś gafy! Patrzę i widzę to samo co przed wyjazdem do tego „rozrywanego” fryzjera... może trochę jaśniejsza ta fryzura, bardziej puszysta, bo umyta... ale mówię: świetnie, jesteś taka odmieniona, dobrze ci w tej nowej fryzurze!

"Judyta przecież widzę, że ci się nie podoba! No tak, co ty zakonnica możesz wiedzieć o fryzjerach... , mówię ci, on jest doskonały, potrafi zrobić z włosami co tylko zechcesz... a może i ty byś skorzystała!"

 Oglądam się dookoła, może ktoś w między czasie doszedł do nas, ale nie, to pytanie skierowane jest do mnie. Aniu, po co mi jechać do doskonałego pana fryzjera, pod moim doskonałym welonem wszystko w porządku z moimi doskonałymi włosami...

" Wiesz, opowiadałam mu o Tobie, zaciekawiony był twoją Afryką". Za takie pieniądze /pomyślałam/, które od niej wziął, to ja bym była zaciekawiona nawet hodowlą koników polnych!

Ten Aniny fryzjer, to musi być dobry nie tylko we fryzjerstwie, ale także w słuchaniu ludzi, bo myślę, że dobry fryzjer, to nie tylko świetny stylista, ale również słuchacz, przyjaciel, czasem doradca.

 Więc  fryzjerstwo  jest rzemiosłem i to nie byle jakim i sięga bardzo odległych czasów i ma się dobrze, powiedziałabym bardzo dobrze w moim świecie, w którym aktualnie żyję.


 Stylistką fryzjerską jest tutaj prawie każda kobieta, dziewczyna i dziewczynka, bo one wszystkie mają zamiłowanie do robienia fryzur.

 Powiem więcej – tak twierdzą mistrzowie tej sztuki, którą zwą fryzjerstwem – to jest zapisane w genach. To pasja!

 Do zrobienia afrykańskiej fryzury nie potrzeba wiele: specjalny grzebień do tego kołeczek podobny do ołówka i ... włosy!




 Na każdym rynku, w sklepie kupisz „włosy” każdej długości, koloru... i do pracy...








 Kobieca głowa w Kamerunie może zmienić się trzy razy w tygodniu, a potrzeba na tę zmianę co najmniej trzech godzin... nie przy kawie i na wygodnym fotelu... wystarczy tak: 



 Kawy nie ma, ale jakieś orzeszki podjadają i jak świat światem opowiada się o całej wiosce i okolicach! Wplata się kupione „włosy” na tysiące sposobów i możesz być przez trzy dni albo i krócej w krótkiej fryzurze a za kilka dni masz włosy po pas! 


 A kolor... niekiedy nie można patrzeć!  Co mnie smuci... coraz więcej kobiet nosi przeróżne peruki i jak one wytrzymują w tym upale ze swoimi włosami skręconymi w maleńkie korkociągi i z peruką... 

 Pojęcie piękna fryzury zmienia się i to piękno zmieniających się fryzur zawdzięczamy przede wszystkim kapryśnie zmieniającej się modzie, ale u nas robienie tzw. tresów nie tak szybko podda się zmiennej i kapryśnej modzie!


 Przedziwne jest także dla mnie to, że te tresy najpiękniej wyglądają na afrykańskiej głowie! Widziałam trochę białych kobiet w tych afrykańskich tresach.... oględnie pisząc... wybierzcie się drogie Panie i Dziewczyny do europejskich salonów fryzjerskich, jak moja Andzia!







sobota, 11 lutego 2012

O róży...

Co liczy się najbardziej: „napełnianie ręki”, czy serca?

 Ludzie zbyt często podobni są do żebraka, który oczekuje jedynie na pomoc materialną... i często mam dosyć słuchania o biedzie, jak jest ciężko, że nie mam co do garnka włożyć, nie poślę dziecka do szkoły, bo nie mam pieniędzy na kupienie zeszytu czy mundurka szkolnego..., a wiem i widzę, że są pieniądze, bo tata codziennie kupuje butelkę piwa, a mama cóż... na rzęsach staje, aby życiu zaradzić ... samo życie..., po prostu próbują coś wyłudzić, być może uda się siostrę oszukać i między innymi i takich ludzi tutaj spotykam. 
 Mam dni, kiedy mam dosyć tego misyjnego życia..., ale idę po rozum do głowy i przemawiam sama do siebie, że trzeba żyć i czynić dobrze tam, gdzie się człowiek znajduje, a nie tam, gdzie nam by się podobało być, a to wcale nie oznacza, że tam gdzieś będzie lepiej. Wszędzie spotkasz człowieka i to od ciebie w dużej mierze zależy, jakie będzie twoje i innych życie...

 „ Niemiecki poeta Reiner Maria Rilke przez pewien czas mieszkał w Paryżu. Na uniwersytet chodził codziennie ulicą bardzo uczęszczaną w towarzystwie pewnej koleżanki Francuzki. Na jednym narożniku tej ulicy siedziała żebraczka, która prosiła przechodniów o jałmużnę. Kobieta siedziała zawsze na tym samym miejscu, bez ruchu, jak jakiś posąg, z wyciągniętą ręką, nie podnosząc oczu na osobę, która jej coś dawała.
 Rilke nigdy jej nic nie dawał. Jego koleżanka natomiast wręczała żebraczce jakąś drobną monetę. Pewnego dnia młoda Francuzka zdziwiona zapytała go:
 - Dlaczego nigdy nic nie dajesz tej kobiecie?
Rilke, ponieważ był poetą, odpowiedział:
 - Winniśmy darować coś jej sercu, a nie jej rękom!
Po kilku dniach Rilke przyszedł ze wspaniałą różą, dopiero co rozkwitłą i włożył ją do ręki żebraczki...

 i zdarzyło się coś nieoczekiwanego: żebraczka podniosła oczy, spojrzała na poetę, z trudem wstała, ujęła jego rękę i ucałowała ją. Potem odeszła przyciskając różę do serca. Przez tydzień nie było jej widać. Po 8 dniach żebraczka znów siedziała na zwykłym miejscu, na narożniku ulicy. Milcząca i nieruchoma, jak zawsze... Z czego ona żyła w tych dniach, w których nic nie użebrała? – spytała Francuzka.
 Rilke odpowiedział: - Żyła różą.”
I zastanawiam się często czego nam ludziom tak naprawdę potrzeba? Róży czy błyszczącej monety?

 Róże z naszego afrykańskiego ogrodu...

niedziela, 5 lutego 2012

O manioku....

Mam na przysłowiowym pieńku z moimi braćmi w wierze, Kameruńczykami, używając słowa „śmierdzi” do ulubionego dania o nazwie „baton de manioc” bez zjedzenia, którego dzień jest nie ważny!
Ten rarytas jest tutaj tak powszechny, jak dla nas, nasz chlebuś pachnący, ze swieżą chrupiącą skórką, o którym na końcu świata, w afrykańskim buszu mogę tylko pomarzyć ! Co tak śmierdzi...okropnie ? Pytam, wchodząc do kuchni. Nikogo w tej kuchni nie ma wiec nikt nie zamierza udzelć mi odpowiedzi... ale dalej pytam sama siebie i to tak, aby wszyscy słyszeli to moje pytanie... Co tak śmierdzi!!! Zaglądam i tu i tam i wreszcie mam... !!!
 Leży sobie jak gdyby nigdy nic „baton de manioc”... pięknie zwinięty w zielony liść, który obkręcony został jakimś włóknem prosto z buszu.... i leżakuje w najlepsze, i rozwiewa tę nieprzyjemną dla mnie woń! 


 Nie raz przyglądałam się wyrobowi tego jedzenia. No i muszę stwierdzić, że to nie tak szybko i łatwo przygotować to danie, które znajdziecie na każdym afrykańskim 'stole' w dzień powszedni i w wielkie święta; przy wieprzku, kozie, pomarańczkach, ciasteczkach... znajdzie sie ON  „baton de manioc”... i jak gdyby nigdy nic dalej sobie... śmierdzi jak szwajcarski ser / z całym szacunkiem dla manioku i szajcarskiego sera/!!!
 A z maniokiem to jest tak: rośnie sobie na polu wydartym dżungli. Jest to roślina kilkumiesięczna, której łodygi dorastają nawet do dwóch metrów.

 Ten  na zdjęciu to młody, co zasadzony, okaz „górny” manioku czyli liście. Jako całkiem zielona misjonarka, nie wiedząc, że to liście manioku, a na moje artystyczne oko pasowały mi do bukietu, zerwałam i wsadziłam do wazonu... po godzinie... po prostu straciło swoją piękność i musiałam wyrzucić.

 Maniok ma bardzo długie korzenie, na końcach których znajdują się zgrubiałe bulwy różnej wielkości. Największe mogą mieć nawet 40 cm. Gdy maniok jest dojrzały kobiety wykopują bulwy z ziemi i po umyciu i obraniu można go gotować i jeść.




 Jednak gdy chcemy otrzymać „baton de manioc”  trzeba obrane i umyte bulwy manioku włożyć do wody na kilka dni... Maniok pęcznieje, fermentuje i kiedy środek bulwy manioku, który jest biały zaczyna niezbyt ciekawie pachnieć jest gotowy do wyjęcia z wody... i zaczyna się suszenie.
 A suszy się maniok wszędzie: przy domu na kawałku blachy,na kamieniach, na poboczu drogi....







 Kiedy wyschnie przybiera sypką konsystencję, tak jak mąka. Do gotującej wody wsypuje się tę mąkę, podgrzewa i odstawia na bok, dosypuje się jeszcze mąki maniokowej i miesza drewnianymi kijami aż do powstania jednej masy. Formuje się z tej masy tzw bule / jak małe piłeczki do golfa/ kładzie na talerz i polewa sosem!Takie gotowe piłeczki golfowe można skoro świt kupić na naszym rynku w Doume i trzeba się spieszyć, bo może zabraknąć!


 Maniok gotowany jadłam i te piłeczki golfowe smakowałam także... ale to jeszcze nie „baton de manioc”, który przygotowuje się tak: po trzech dniach wyjmuje się bulwy manioku z wody i ugniata do konsystencji sera / nie koniecznie szwajcarskiego/ i ten sfermentowany „ser” wkłada się do specjalnego zielonego liścia, którego się skrzętnie okręca włóknem i do gotującej wody...plum!




 Po wyjęciu i wystudzeniu gotowy do jedzenia...czym starszy, bardziej śmierdzący, tym lepszy! Nie próbowałam i nie zamierzam... chyba, że przyjdzie głód, a wtedy glodny czlowiek wszystko zje!

 I co mnie zaciekawia i dziwi: do sproszkowanego manioku chmarami  przyfruwaja pszczoły!


 Co w nim takiego jest... muszę dopytać! A jeśli chcecie kupic manioku pod wszelkimi postaciami prosimy na nasze „marche” w Doume!



wtorek, 31 stycznia 2012

O smaku jedzenia...

Często organizujemy spotkania z dziećmi, na których dzieciaki dostają jedzenie... i nie ma co się oszukiwać dlaczego na te spotkania tak licznie przychodzą! Owszem bawią się, uczą się, są razem w grupie i... wszystkie czekają kiedy wreszcie będzie posiłek.
Nie dziwi nic..., bo jeśli jesz raz dziennie wieczorem, natomiast na spotkaniu trzy razy... to po prostu jest święto pierwszej klasy! Na jednym z takich spotkań podczas posiłku widzę chłopczyka, który leży pod palmą i płacze w wniebogłosy, łzy leją się rzęsiście, przy okazji podlał trochę znikomą o tej porze roku trawkę...
 Pomyślałam; znów coś ktoś komuś zabrał, może pobili się... Dlaczego płaczesz? pytam. A on jeszcze głośniej w ryk... Myślę bardziej intensywniej... no, to jest coś poważnego! Przytulam chłopca i przemawiam, jak umiem najlepiej i wreszcie dowiaduję się przyczyny tego płaczu... ja mam już pełny brzuszek, a zostało jeszcze tyle jedzenia, tyle jedzenia... a ja już nie mogę!
 U mnie w szkole w Nkoum i Doume dzieci jedzą trzy razy w tygodniu. W te dni może padać ulewnie, wszystko śpi i wszystko jest zamknięte, ale w szkole frekwencja stu procentowa! Dziw bierze, ze nikomu w tym dniu nie przeszkadza ulewa, błoto po kostki...i przychodzą jak jeden mąż bez spóźnienia!
 Kuchnię mamy polową i myślę, że w Europie dawno by nam tę kuchnię zamknięto.... Gotujemy po afrykańsku na ognisku z trzech kamieni, wszystko przechodzi dymem i wtedy jest najlepsze... na temat smaków i gustów nie dyskutuje się.... A jak jedzą? Widać na załączonych zdjęciach... najlepiej smakuje siedząc na ziemi!









Najbardziej mnie wzrusza i bawi zarazem, gdy słyszę, przechodząc obok najmłodszej grupy dzieci,
mlaskanie i szuranie łyżek w miseczkach.



piątek, 27 stycznia 2012

O polnym świerszczu...

Każdy z nas ma przyjaciela… mam taka nadzieję, że tak jest! Przyjaciel to skarb w dzisiejszym świecie, a do tego mieć  mądrego przyjaciela, to szczęście całkowite...

 Więc zaczynamy... pewien Afrykanin miał przyjaciela, który mieszkał w Rzymie. Poznali się w pewnym afrykańskim kraju, gdzie Włoch przebywał z rodziną  na wakacjach. Afrykanin był przewodnikiem Włochów i pokazywał im najbardziej charakterystyczne zakątki swej ojczyzny.
 Wdzięczny Włoch, który był mediolańczykiem zaprosił Apoudou, tak miał na imię nasz pan z Afryki, do swego miasta i domu. Apoudou długo nie mógł zdecydować się na podróż, ale w końcu pod wpływem nalegań przyjaciela z dalekiej Europy, wylądował na mediolańskim lotnisku Malpensa.
 Następnego dnia mieszkaniec Mediolanu i Apoudou przechadzali się po centrum miasta. Apoudou swą twarzą koloru ciemnej czkolady, czarną brodą i jaskrawym strojem przyciągał spojrzenia przechodniów. Mediolańczyk szedł dumny obok swego egzotycznego przyjaciela. W pewnym momencie, na placu San Babila, Apoudou zatrzymał się i spytał: - Czy słyszysz to, co ja słyszę?
 Włoch trochę zdziwiony, wytężył słuch, ale przyznał, że słyszy jedynie wielki hałas spowodowany ruchem samochodów i gwarem ludzkich głosów. 
 – Tu w pobliżu jest świerszcz polny, który śpiewa, stwierdził pewny siebie Apoudou.
 – Mylisz się – zaoponował Włoch. Słyszę jedynie hałas miejski. A poza tym, w tych stronach już dawno nie ma świerszczy polnych!
 – Nie mylę się. Słyszę wyraźnie śpiew świerszcza i Apoudou zaczął przeszukiwać liście małych, lichych drzewek .... Po chwili wskazał przyjacielowi, który patrzył na niego sceptycznie, małego świerszcza polnego, który ukrywał się przed zakłócającymi jego koncert.
 – Widzisz, że jest nasz utalentowany muzykant?
 – Miałeś rację – przyznał mediolańczyk. Wy Afrykańczycy macie słuch bardziej wyostrzony od nas białych....
 – Tym razem ty się mylisz – uśmiechnął sie Apoudou.
 – Posłuchaj... Apoudou wyciągnął z kieszeni pieniążek i rzucił go od niechcenia na uliczny bruk. Natychmiast kilka osób odwróciło się i spojrzało w tę stronę.
 – Widzisz? Ten pieniążek upadając wydał dźwięk o wiele słabszy od muzyki świerszcza... a jednak widziałeś, ilu białych go posłyszało!

Cóż... ludzie widzą, słyszą i czują przede wszystkim to, co ich naprawdę porusza, interesuje. W naszym aktualnym Świecie ludzie bardzo często wydają się głusi na braterską pomoc, wezwanie do przyjaźni, na sprawiedliwość, prawdę, pokój, dobroć.... A dzieje się tak, gdyż w rzeczywistości te sprawy ich wcale nie interesują... Ileż słów, głosów „ nie jest słyszanych”...?

Kilka dni temu odkryłam kwitnące drzewo, które widzicie na zdjęciach...


Opowiadanie wg Bruno Ferrero

sobota, 21 stycznia 2012

O suszy...

Z porami roku u nas jest bardzo prosto, bo są tylko dwie: deszczowa, którą można nazwać, jak ktoś woli zimą i pora suszy, czyli lato. Każda z nich ma swoje dobre i słabe strony, a najprościej byłoby, gdyby pani deszczowa i pani susza nie przedłużały swojego panowania.
 Przed nadejściem pory deszczowej nasilają się upały, a marzec to miesiąc, w którym  temperatura jest najwyższa i susza osiąga apogeum.... Tegoroczna pora suszy już dzisiaj daje się nam we znaki...  do końca pory suszy zostały nam jeszcze dobre trzy miesiące! Takich upałów za mojego pobytu w Kamerunie jeszcze nie było!

 Nie spadła ani jedna kropla deszczu, a powino padac pod koniec grudnia! Ten deszcz, to specjalnie dla kawy... nie spadł... Tumany piasku z pustyni dają złudzenie ciągłej mgły, ale to tylko złudzenie, bo oczy nie bolą od mgły i patrząc w lustro nie poznajesz siebie i pytasz : skąd te zaczerwienione i opuchnięte oczy? A to wszystko za sprawą harmatanu bardzo suchego, gorącego i silnego północnego wiatru znad Sahary.

 Wiatr podobny do halnego z małą różnicą, że wieje znad pustyni w kierunku Oceanu Atlantyckiego i "nasz" halny nie różowi nieba... choć w tym roku zabrakło tego różu!
 Wszystko spowite jest piaskiem. Na naszym Wschodzie noce i ranki są bardzo zimne i to jedyny moment, w którym wszystko co żyje choć trochę oddycha zimnym powietrzem. Temperatura w nocy spada do 12° C, a w dzien przekracza 40°C i każdy kto żyje szuka cienia... Słońce wschodzi pomarańczowe, a w poludnie jest rozżarzona kulą koloru wyblakłej cytryny. A zachody... przecudne po prostu! 

 Ziemia koloru cegły zmieniła sie w pył, który w niektórych miejscach sięga do kostek! Nasze studnie jeszcze nie wyschły i myślę, że nie wyschną, a nasze żródło, tak mówią, w porze suszy daje więcej wody niż w porze deszczowej!

Cóż jesteśmy wybrańcami, bo mieszkamy w najbardziej zielonym miejscu Afryki i choć dozujemy wodę, jak na razie nikt nie cierpi na brak wody! Biorąc prysznic myślę sobie, że jestem w stanie umyć się w jednym wiaderku wody, nie raz to robiłam, potem można wyprać jeszcze fartuch i wyszorować buty... i te zaoszczędzone wiaderka wody mogłabym przetransportować do nękanej suszą Somalii.... i uratowałabym nie jedno życie!
Siedzę sobie w Kamerunie, podlewam na dodatek kwiatki ulubione... i mogę tylko prosić Boga o deszcz dla Rogu Afryki, i o mądrość dla tych, od których w tym świecie prawie wszysko zależy.
 I jak to jest, że Grecja dostała i dostaje, a teraz i Wlochy, i wiele innych europejskich bogatych spolecznosci, ogromne pieniądze, bo ich mieszkańcy żyli ponad stan, a ludy Afryki, które znalazły sie na granicy śmierci głodowej, otrzymują znikomą pomoc...  Brak deszczu i 50 stopniowe upały przemieniają pola i pastwiska w pustynię. Powysychały wodopoje i rzeki. Tegoroczna susza w Rogu Afryki jest najgorszą od 60 lat. Głód zagraża 12 milionom ludzi.
 Najbardziej dotkniętym suszą krajem jest Somalia. Zdjęcia, które oglądałam ... nie można ich oglądć... i cóż znaczy nasza susza w Kamerunie i nasze problemy? Na dodatek rejony suszy są terenami ciągłych walk i tlącej się wojny domowej, gdzie problemy polityczne potęgują skutki katastrofy naturalnej. Ludzie uciekają... jedni przed wojną domową, która wybuchła w 1991 roku i ciągle trwa, inni przed suszą w poszukiwaniu wody, jedzenia, bezpieczeństwa, a przede wszystkim chcą przetrwać, ratować życie swoich najbliższych i swoje. Wędrują w upalnym słońcu tygodniami, zostawiając na pustyni dzieci i tych, ktorzy dalej iść nie mogą... i docierają do Dadaab. Dadaab to obóz dla uchodźców na północnym zachodzie Kenii.

Jest on największym obozem dla uchodźców na świecie. Zaplanowany był na 90 tysięcy osób, aby pomóc ofiarom wojny domowej. Dzisiaj mieszka w nim prawie 500 tysięcy osób... Przyjmuje się tam teraz 1000 osób dziennie... Obóz to niekończąca się pustynia usiana tysiącami namiotów, szałasów skleconych z czego tylko się da... Jak oni tam żyją...

 Organizacje międzynarodowe, które się nim zajmują biją na alarm i zadają sobie pytanie: jak tym ludziom pomóc? Udzielanie pomocy w postaci wody, żywności, lekarstw nie rozwiąże wszystkich problemów ludzi tam przebywających. Cały obóz to ziemia niczyja. Uchodźcy nie mają prawa go opuszczać, nie mają także możliwości powrotu do ojczyzny ciągle pogrążonej w wojnie i pozbawionej rządu. Niektórzy żyją w Dadaab już 10 lat i nazywają to miejsce swoim domem... widać do wszystkiego i wszystkich warunków idzie przywyknąć.
 Inny obóz to Dollo Ado w Etiopii na granicy z Somalią... i co go wyróżnia spośród innych obozów dla uchodźców? Przebywa tam obecnie ponad 130 tys uchodźców z Somalii... 80% tych uchodźców to dzieci i co czwarte dziecko ma mniej niż 5 lat. Codziennie umiera tutaj 15 dzieci i więcej....


 Ten głód jest nazwany największym kryzysem humanitarnym całego pokolenia... i podpisuję się pod wypowiedzią Boba Geldorfa: „brak prawdziwych liderów na świecie sprawił, że 13 milionów osób, istnień ludzkich umiera na naszych oczach, na ekranach telewizorów”........


Oboz w Dadaab

Trzy  ostatnie zdjecia z internetu z obozu w Dadaab.

sobota, 14 stycznia 2012

O szkłach kontaktowych...

Pewnego pięknego letniego dnia wąż spotkał w dżungli swego starszego przyjaciela lwa.

-  Co porabiasz? – spytał lew, tak dawno cię nie widziałem.
-  Jakoś sobie radzę – odparł wąż, ale wzrok mi się pogorszył i prawie cię nie widzę. Muszę sobie sprawić szkła kontaktowe.
Tak też uczynił i po kilku dniach znowu spotkał swego przyjaciela.
-  Teraz nie tylko dobrze cię widzę, ale i moje życie rodzinne uległo znacznej poprawie.
-  Stary, jakiż wpływ na życie rodzinne mogą mieć szkła kontaktowe, zapytał  zdziwiony lewek.
-  Wiesz co odkryłem, że mieszkam z wężem do podlewania roślin!

Mam okulary, owszem, ale często w kieszeni, w torbie, gdzieś tam sobie leżakują, ale nie na nosie... i wczoraj w magazynie, po mojemu, ładnie posprzątanym z lekkim jednak bałaganem, odkryłam, że to nie wąż do podlewania trawki sobie od kilku dni leży, ale lekko opasły wąż, który czegoś  najadł się i nie spieszno mu było do kąsania... w tym przypadku mnie...
Widać, że nie czas jeszcze, abym odeszła do Pana... nie chce Pan Bóg śmierci grzesznika... oj nie chce!  z czego jestem wielce zadowolona!

Słoneczniki z naszego ogrodu. Pomimo suszy zakwitły, bo były gorliwie podlewane!