sobota, 15 września 2012

O postulacie...


12 września w naszej domowej kaplicy dwie dziewczyny rozpoczęły formację zakonną w postulacie Sióstr Pallotynek.
 Historyczny to moment dla nasze polskiej Prowincji.
 Myślę, że wiecie: jestem siostrą Pallotynką pracującą w Kamerunie. Pisałam o historii przyjazdu i rozpoczęciu pracy misyjnej
 Pallotynów i Pallotynek w jednym z postów
 pt. Pallotynki w Kamerunie 7 stycznia 2011.
 Więc dzisiaj nie będę Was raczyła tą samą historią tylko wspomnę,
 że Siostry Pallotynki z Polski są w Kamerunie od 14 lat.
 Aktualnie mamy w tym kraju 4 placówki.
 Zaczynałyśmy w Doume i tutaj wybudowałyśmy dom, w którym miała rozpocząć się formacja przyszłych Pallotynek z Kamerunu,
 bo komuś trzeba przekazać to wszystko co zrobiłyśmy do tej pory, kto dalej będzie kontynuować nasze pallotyńskie dzieło.
 Z pewną obawą czekałyśmy na reakcję tutejszych mieszkańców, co do budowy domu i to dużego.
 Zostałyśmy mile zaskoczone. W wiosce mówiono: jeśli zaczynają budowę swojego domu, no to teraz na pewno nie wyjadą, zostaną na stałe!
 Rok temu zamieszkałyśmy w tym domu. Zgłosiły się 4 dziewczyny i tak rozpoczęła się kandydatura.






  Po kilku miesiącach odeszła Melisa. Pozostałe trzy: Sandra, Christelle i Ghislaine wytrwały do końca kandydatury i pojechały w swoje rodzinne strony z zamiarem powrotu i rozpoczęcia postulatu.




  Lubię często powtarzać, że jestem na wojnie, bo bojowaniem jest ludzkie życie: o dobro, o wierność zasadom, słowu, powołaniu...
 I nasze dziewczyny stoczyły „wojnę” ze swymi rodzinami. 
I tylko jedna, Ghislaine powróciła z urlopu ze zgodą rodziny na zostanie w przyszłości  siostrą Pallotynką.
Przyjechała także Stephanie. Obie są z zachodu a konkretnie z Bafoussam. A Bafoussam to plemię Bamileke trudniące się handlem, uprawą ziemi.
 Te strony to spichlerz Kamerunu,
 a Bamileke nazywani są kameruńskimi Żydami.

 Ghislaine uraczyła nas taką oto opowieścią: jedna z jej koleżanek postanowiła wstąpić do klasztoru. Rodzina zgodziła się, ale jak owa panna przyjechała na urlop i oświadczyła, że chce swoje życie poświęcić Bogu powiedziano jej, że jak urodzi rodzinie dziecko, to może sobie pójść gdzie tylko zechce.
 Trwała przy swoim postanowieniu więc rodzina uradziła i powzięła decyzję przywiązanie jej do jakiegoś drzewa i kto tylko chciał pluł na nią, rzucał oszczerstwa, przekleństwa itp...
 Jak i to nie pomogło, chciano ją na siłę wydać za mąż z dnia na dzień.
 I co zrobiła? Po prostu powiedziała: dobrze, ale nie spodziewajcie się, że urodzę wam dziecko, zadnego dziecka nie będzie!
 Poszła do swojego klasztoru, została siostrą i ma się dobrze.
 A zostać siostrą to nie tak łatwo, jakby się komuś wydawało.
 Pierwszym etapem formacji jest postulat.
 Jest to czas przygotowania do rozpoczęcia życia zakonnego. Żyje się we wspólnocie danego zgromadzenia.
 Zgromadzenie przygląda się postulantce, a ta przygląda się siostrom...
 Jest to czas pogłębiania swojej więzi z Bogiem, poznaje się duchowość, charyzmat i styl zgromadzenia, wzrasta w poznawaniu i akceptacji siebie i innych.









 Codzienność obejmuje czas nauki, studium, modlitwy oraz pracy.
 Jest to czas rozeznania, okazji do bliższego poznania postulantki przez wspólnotę zakonną i oceny możliwości podjęcia prze nią życia zakonnego.
 I jest także tak, że dziewczęta same rezygnują, bo stwierdzają, że to życie nie dla nich... Co będzie za rok?
 Nie omieszkam Wam napisać, a póki co otaczam nasze pierwsze kameruńskie powołania swoją modlitwą, uśmiechem i wiarą, że ten czas dobrze wykorzystają, czegoś się nauczą i może wstąpią w progi nowicjatu, a jeśli nie, to nie będzie to czas stracony.
 Przez całe życie czegoś się uczymy i w dużej mierze od nas zależy
 czy ten czas będzie stracony czy też będzie wzrostem w naszym człowieczeństwie.

 „Jest życie spokojne jak kropka, inne – głośne jak wykrzyknik,
 a jeszcze inne – takie, nad którym, jak cień, stoi znak zapytania:
 Dlaczego? Dlaczego tak, dlaczego właśnie ja?”

  Ja do dzisiaj sobie zadaję pytanie, co też Pan Bóg we mnie widział i widzi... było wiele mądrzejszych, piękniejszych, a wybrał mnie...
 Cóż, zwyczajnie po prostu: tajemnica!


czwartek, 13 września 2012

O wakacjach w Barcelonie...


 z Carlosem....
 Nie byłam jeszcze w Barcelonie, ale wszystko przed mną!
 Muszę się kiedyś przekonać czy Barcelona jest tak mroczna po zapadnięciu zmroku, jak w książkach Carlosa Ruiz Zafona.
 A może było tak na początku XX wieku, w którym toczą się akcje jego powieści?
 Muszę przyznać, że jego pierwszą książkę „Cień wiatru” przeczytałam jednym tchem, bo uwielbiam takie ksiazki: mroczne, z dreszczykiem, gdzie nie wszystko jest dopowiedziane i czujesz się jednym z bohaterów, lekki dreszczyk, lęk... a to przecież tylko książka!?
 Weszłam, jak wielu innych czytelników od pierwszych zdań z książki we mgłę, którą była otoczona Barcelona i po uliczkach dotarłam do Cmentarza Zapomnianych Książek...
 Może taki cmentarz zapomnianych książek gdzieś istnieje?
 Na skrzydłach poleciałabym do takiego prawdziwego cmentarzyska Zapomnianych Książek i  zanurzyłaby się w tych zawiłych korytarzach pełnych półek i regałów z książkami, wąchała zapachy, ogladala grzbiety i tytuły i w końcu znalazłabym coś tylko dla mnie...
 Podziwiam tego Pana za wielką wyobraźnię i ludzi, którzy na punkcie jego książek, można rzecz, oszaleli!
 Najbardziej fotografowanym miejscem w Barcelonie jest kwiaciarnia na ulicy Santa Anna, gdzie pan Carlos umieścił księgarnię Sempere a nad nią okna gdzie jakoby mieszkali bohaterowie książek Zafona.
 Zadaję sobie pytanie co uwiodło miliony Europejczyków, co ich przyciąga do tych powieści...?
 Może to, że mają dosyć multi-kin, wszędzie porozwieszanych tanich reklam byle jakich książek i wszędobylskich płytkich romansideł.
 Być może?
 Czytając książkę chcemy coś przeżyć, zapomnieć choć na trochę otaczający nas świat codziennej rutyny i trzeba także powiedzieć, że z niejednego naszego życia powstałaby ciekawa książka, ale to już temat na inny post...
 Nie pamiętam kiedy byłam ostatni raz w jakimś antykwariacie?!!
 Na swoje usprawiedliwienie mam to, że jestem w Afryce, w której takowych nie ma, a jak jestem w Polsce, to nie wiem gdzie mam iść... powinnam być prawie wszędzie, ale na to "wszedzie" i "wszystko" za mało czasu...?!

  Tego roku, obiecuje sobie, wygapię gdzieś tam zaszyty antykwariat z półkami uginającymi się od tytułów, od których głowa mnie rozboli i dostanę oczu pląsów, którą wybrać... 
A potem zastanawiać się będę kto tę książkę przed mną czytał i już historia gotowa... na nową książkę /śmiech/.

 Myślę, że Zafon przez księgarzy, którzy wylansowali jego pierwszą książkę na nowo oczarował świat literaturą. Nie można porównywać pana Carlosa do takich mistrzów jak Tołstoj czy Dickens, ale co najważniejsze pobudził tysiące, a można i rzec miliony do czytania, co tu ukrywać, porzucanego z dnia na dzień słowa pisanego zawartego w książkach.


 Nowej książki „Więzień Nieba”, która jest przedłużeniem dwóch pozostałych „Cienia Wiatru” i „Gra Anioła” jeszcze nie przeczytałam, ale gdy przylecę do Polski nie omieszkam kupić tej pozycji i oczywiście przeczytać.

 Z wielkim zainteresowaniem czytałam „Cien Wiatru” a pozostałe książki Zafona
 z mniejszym entuzjazmem, bo uznałam je za powtórki z przerobioną fabułą i ciągłym światem ciemności,
 jakby inny świat nie istniał!?

 Sam pan Carlos mówi o sobie, że uwielbia czytać: Flauberta, Wiktora Hugo, Aleksandra Dumasa, a uwielbia ponad wszystko Dostojewskiego!
 Szkoda tylko, że nie dodał do swoich książek choć trochę refleksji wielkiego Dostojewskiego!

 Pomimo wszystko przeczytam, ale nie dam się uwieść ciemności i strachowi! On czyli Zafon jest lepszy od naszych Marabu w robieniu strachu /śmiech/.

 I co mnie jeszcze zastanawia: dlaczego bardziej wciąga i pociąga nas  mroczna strona naszej osobowości...?

wtorek, 11 września 2012

O 11 września…


Chyba nie ma takiej osoby, która by nie słyszała o atakach terrorystycznych 11 września w 2001 roku dokonanych na USA.
 Zginęło tysiące ludzi, wielu zostało rannych, milony przeżyło tragedię,
 a ja w tym dniu obchodziłam swoje urodziny i dzięki telefonowi z Polski dowiedzieliśmy się o tej tragedii.
 Zazwyczaj oglądamy wiadomości ze świata wieczorem, ale tym razem siedzieliśmy wpatrzeni w ekran telewizora z samego rana i zastanawialiśmy się co będzie dalej...
  Świat się zmienia i to bezpowrotnie, i nigdy nie będzie już tak samo i to samo możemy odnieść do swojego życia. Cóż, dzisiaj kolejne moje urodziny i to nie byle jakie: przeżyłam pół wieku. Mało czy dużo... nie wiem, chyba w sam raz, jak dla mnie.


 Oddycham kameruńskim wilgotnym powietrzem, a to oznacza, że żyję i mam nadzieję, że jeszcze mam coś do zrobienia.
” Nadzieja, jest dostępna wszystkim ludziom, niezależnie od ich wieku, stanu zdrowia, sytuacji finansowej, koloru skóry, płci, stanu emocjonalnego czy przekonań.
 Cóż, skoro oddycham, to żyję. Skoro żyję, to wciąż jestem fizycznie obecna na tym świecie. Skoro wciąż tu jestem, to najwyraźniej nie dokonałam jeszcze tego, czego miałam dokonać.
 Skoro nie dokonałam jeszcze wszystkiego, to znaczy, że nie wypełniłam swojego celu. Skoro nie wypełniłam celu, to znaczy, że nie przeżyłam jeszcze najważniejszej części życia.
 A skoro nie przeżyłam jeszcze najważniejszej części życia, to nawet wtedy, gdy jest bardzo ciężko, mogę być pewna, że przede mną jeszcze dużo radosnych chwil i wyzwań, że ciągle istnieją osoby, którym mam pomóc, dzieci, które mam czegoś nauczyć, oraz przyjaciele, na których mam wywrzeć wpływ...” /A.Andrews/


 Gdy moja Mama kończyła 40 lat ja obchodziłam swoje 18 urodziny i zadałam Jej  pytanie: Mamo, jak to jest mieć 40 lat?
Odpowiedziala: sama kiedyś zobaczysz, że to żaden wiek!
 Po dzieciach widać, że czas w miejscu nie stoi, ale powiem ci, że tam w środku człowiek zostaje taki sam!
I ta Pani miała rację!
 Każdy wiek jest wiekiem odpowiednim...


 "Znacie pana Benjaminie Franklinie?
 Tenże pan mając lat siedemdziesiąt osiem, wynalazl okulary ogniskowe. Winston Churchill majac również siedemdziesiąt lat, po zakończeniu wielkiej kariery w polityce napisał książkę, która przyniosła mu literacką Nagrodę Nobla.


 Pan Nelson Mandela po spędzeniu wielu lat w więzieniu po raz pierwszy został prezydentem Południowej Afryki w wieku siedemdziesięciu pięciu lat. Kompozytor i pianista Igor Strawiński,
 mając osiemdziesiąt siedem lat, wciąż koncertował.
 Grandma Moses, malarka, sprzedała swój pierwszy obraz, gdy skończyła dziewiędziesiąt lat.
 A Michał Anioł rozpoczął pracę nad freskami w Bazylice Świętego Piotra po swoich siedemdziesiatych drugich urodzinach”.


 Co jeszcze przede mną? Jak daleko mogę zajrzeć w przyszłość, by zobaczyć, na ile istnień będą miały wpływ moje uczynki? 
 Myślę, że często nie zdajemy sobie sprawy, że dzięki naszym decyzjom życie wielu ludzi może ulec diametralnej zmianie.
 I ciągle te wybory..., bo one mogą okazać się znaczące nie tylko dla nas , ale dla innych jeszcze dzisiaj, i jutro, i pojutrze...


 W Świętym Klasztorze nie obchodzimy urodzin tylko imieniny,
 ale 50 lat to okrągła rocznica więc bylo ŚWIĘTO, jak się patrzy i nawet się wzruszyłam...

 „Czas, który macie spędzić na tym świecie, to wielki dar i warto go mądrze wykorzystać. Nie roztrwońcie go, nie zmarnujcie Waszych słów i myśli. Pamiętajcie, że każda, nawet najprostsza, czynność, jaką wykonujecie, ma ogromne znaczenie nie tylko dla Was, ale i dla innych, i ma wpływ na życie wielu osób... teraz i w przyszłości”.



 

„Najlepsze dopiero przed nami... mamy obowiązek zasiać własne dobre ziarno w sercach i umysłach ludzi, z którymi się stykamy.
 Jeśli czujecie, że macie wobec ludzi dług wdzięczności, możecie go spłacić, dobrze żyjąc i pracując” .
 50 lat... cóż ciągle jestem młoda, nie da się ukryć
 /śmiech/ i proszę nie życzcie mi 100 lat wystarczy tyle ile potrzeba...
 A ile potrzeba nie wiem... AMEN



niedziela, 9 września 2012

O procentach...


Jak zdumiewająco często ludzie tracą wszystko, goniąc za czymś, co nie ma znaczenia...!
 Martwimy się o tak wiele spraw i rzeczy...
 Po rozmowie z „rozwodzącymi się” doszłam do wniosku /kolejny raz/,
 że warto z ludźmi rozmawiać, bo postronne osoby często widzą sytuacje i ludzi z innej perspektywy.
 Trzeba ludziom choć trochę pokazać nowy punkt widzenia, który pozwoli zatrzymać się, popatrzeć na życie z boku i zacząć od nowa.
 Trzeba mieć przyjaciół prawdziwych, którzy pomogą ujawnić nasze najlepsze cechy, pomogą popatrzeć na chwilę, w której nam trudno z odpowiedniej perspektywy, dystansu.
 Najlepszy przyjaciel zawsze będzie mówił nam prawdę, ale osoby, które mają trudności muszą koniecznie chcieć i miec dobrą wolę,
 aby z kryzysu wyjść.


 Moi „rozwodzący się” są na dobrej drodze do bycia razem
 i mają bardzo dużo dobrego oleju w swoich głowach /śmiech/.
 40% rzeczy, które napełniają nas niepokojem, w rzeczywistości nigdy się nie wydarzy.
 30% rzeczy, o których myślimy z lękiem, już się wydarzyło,
 są to zmory przeszłości. Możemy się martwić, ile chcemy, ale i tak nie zmienimy tego, co już stało, nieprawdaż?
  12% procent zmartwień wynika z bezpodstawnych obaw o stan naszego zdrowia, bo boli mnie noga, to może być rak. Boli mnie głowa, to może być guz. Mama zmarła na wylew mając 52 lata,
 a ja mam w tym roku 50 więc zostało mi tylko 2 lata!!! 
10% to strach przed tym, co pomyślą o nas inni.
 A wiadomo wszystkim, a może nie, że zupełnie bez sensu jest martwić się o to, na co kompletnie nie mamy wpływu.
 Zostało nam tylko 8%, które stanowią uzasadnione obawy.



 Gdy pomyślimy to stwierdzimy, że są to sytuacje, z którymi przy odrobinie wysiłku można sobie poradzić.
 Cóż, człowiek ma jakiś defekt, bo traci wiele energii na zamartwianie się rzeczami, które nigdy im się nie przytrafią lub których nie są w stanie kontrolować.
 I co się dzieje, a no to, że nie starcza nam sił na to, by sprostać realnym wyzwaniom, gdy te się wreszcie pojawią.
 Ktoś, kto nieustannie się zamartwia, jest skupiony przez cały czas; problem w tym, że nie na tych sprawach, na których powinien.
 O czym myślicie przez, powiedzmy, pierwszych dziesięć minut zaraz po przebudzeniu...?
 To będzie odpowiedź czy są to sprawy istotne, na które mam wpływ...
 Zazdroszczę motylom, które budzą się skoro świt i z zapartym tchem, jeśli tak to mogę wyrazić, wlatują w nowy dzień i nie martwią się, bo nie potrafi...
 i maja wszystko co im do szczęścia potrzeba.


 Tekst na podstawie Andy’ego Andrewsa

piątek, 7 września 2012

O ślubie i rozwodzie....


Dzisiaj rano Annic oznajmiła, że się rozwodzi.
 Nie ma dwóch lat, jak poślubiła pana, a pan poślubił ją...
 I co to był za ślub! A dzisiaj już się nie kochają... ?


Jak to jest z miłością w Afryce, w Europie i wszędzie tam gdzie żyją ludzie? Większość ludzi uważa małżeństwo za swego rodzaju zobowiązanie i mają rację, i większość z Was zgodzi się ze mną, że o wiele łatwiej wypełnić ten przemiły obowiązek, jeśli dokonamy odpowiedniego wyboru.
 Hmm... jak być w tej kwestii wyboru tego Kogoś Jedynego, Jedynej mądrym?
 Wiadomo, jak jest się zakochanym, ta druga osoba staje się ważniejsza od wszystkich innych osób i rzeczy w życiu!
 Ona uwielbia konie, od dziecka ma z nimi do czynienia, marzy o tym, by założyć stadninę, nie wyobraża sobie dnia bez jazdy konnej!

 A jej ukochany jest uczulony na konie, a właściwie ich nie lubi...
 Cóż, kocha go tak bardzo, że po cichu, nie mówiąc o tym nikomu, postanawia: tak go kocham, że mogę żyć bez koni, bez niego nie...!

  On, umiłowany szaleje na jej punkcie, kocha bezgranicznie i w tej bezgraniczności rezygnuje także po cichu ze swojej wielkiej pasji: wędkowania i piłki nożnej!
 Dlaczego?
 Jego umiłowana nie lubi wędkowania, wręcz nie znosi, za wodą nie przepada i ryb jeść nie lubi.
 A piłka nożna według niej, to najgłupszy sport na świecie!



 I tak sobie myśli umiłowany:
 wszystko będzie dobrze, gotowy jestem dla niej zrobić i poświęcić wszystko, liczy się tylko to, by być z nią do końca życia.
 Ona jest dla mnie najważniejsza.
 Nie muszę łowić ryb. Po co jeździć na ryby, skoro cały czas będę mógł być z nią? A piłka nożna?
 Cóż, lubię futbol... ale ona jest znacznie ważniejsza!
 No i co będzie z tą wielką miłością...?
 No i w ten sposób doigrali się.
 Czego, ktoś zapyta? A no tego, że pobrali się a potem rozwiedli!
 Co też siostra mówi! Dlaczego ich małżeństwo miałoby skończyć się rozwodem?
 Przecież są takie rzeczy, z którymi musimy po prostu nauczyć się żyć.
 To tak jak z tubką pasty, którą jedni wyciskają od końca, a inni od środka.



Gdyby w życiu „we dwoje” chodziło tylko o drobiazgi typu pasta do zębów, sprawa byłaby o wiele prostsza...
 Zauroczenie fizycznością przesłania często wszelkie inne aspekty związku.
 Wszyscy wiedzą, że pociąg fizyczny jest bardzo ważny, ale wszyscy też wiedzą, że możemy go odczuwać wobec wielu innych osób.
 Nie?
 Myślę, że tak, wystarczy włączyć telewizor, przejść się plażą...
 Ja nie jestem specjalistą w tej dziedzinie, ale myślę, że ludzi musi łączyć coś więcej niż namiętność.
 Los zakochanych z tej opowieści potoczy się mniej więcej tak: może po trzech miesiącach, a może po trzech latach, ale kiedyś na pewno, atrakcyjność fizyczna przestanie odgrywać tak ważną rolę, za to znaczenia nabiorą inne strefy wspólnego życia.
 I ona zacznie myśleć: czy to znaczy, że już nigdy nie będę jeździć konno?
 A on powie: cholera, naprawdę do końca życia mam zrezygnować z wędkowania?
 Nigdy więcej nie obejrzę meczu w telewizji?

 Dlatego dość szybko kolega z biura, którego gabinet zdobią obrazy z końmi, stanie się powiernikiem i pocieszycielem dziewczyny, a pracująca w pobliskim barze kelnerka, która zna wyniki wszystkich meczy, ze zrozumieniem wysłucha problemów chłopaka...”

  Takie mądrości wyczytałam u Andy Andrewsa, którego ostatnio poczytuję.
 A te mądrości to po prostu samo życie, nieprawdaż?
 Andrews jest autorem powieści i poradników oraz rozchwytywanym specjalistą od szkolenia i motywowania pracowników wielkich korporacji. Prowadził wykłady dla czterech prezydentów USA i żołnierzy w amerykańskich bazach wojskowych na całym świecie oraz dla wielu międzynarodowych organizacji.



 A co do mojej rozwodzącej się pary... może  to rozwodzenie się nie dojdzie do skutku?
 „Jeśli koniecznie mam w tym momencie wygłosić jakąś złotą myśl, to zapewne najbardziej odpowiednia byłaby ta o wszechobecności kryzysu: wszyscy albo właśnie przechodzimy kryzys, albo dopiero co z niego wyszliśmy, albo też nieuchronnie do niego zmierzamy.”
  Jutro pójdę na przyjacielską pogawędkę... o kryzysie i może w czymś pomogę? Sama nie wiem... 

czwartek, 6 września 2012

O sjeście…


Leje się żar z nieba, popołudniowa pora w tropiku to czas świętej sjesty! Zamiera życie, spowalnia się tempo...
 I dla tych co chodzą jak szwajcarskie zegarki nie ma innej rady, jak przysiąść na jakimś fotelu czy krześle i przeczekać ten dziwny dla nich czas!  „Szajacarskie Zegarki” najczęściej piją kawę, nudzą się i czekają, aby ten czas świętej sjesty minął!
 Nie mogą zrozumieć, po co komu to spanie czy tylko zwykłe wyciągnięcie nóg w wygodnym fotelu.
 Czasu szkoda, powiadają, a czas jest po to, aby zarabiać pieniądze...??? 
No tak, ale jak "Szwajcarski Zegarek" zarobi dużo pieniędzy, to zazwyczaj nie wie co z nimi zrobić! 




Dobrze, że tych biegających, jest nie dużo na afrykańskiej ziemi!
  Nie zmusisz w świętej porze nikogo do pracy, a jak zmusisz to i tak prawie nic, ten ktos nie zrobi.
 Po co komu sjesta?
 A no po trosze, aby zregenerować ducha i ciało.
 Sjesta jest przemiłym przymusem, który jedni nazywają: odpoczynkiem popołudniowym, inni: drzemką poobiednią.
 Najbardziej upodobałam sobie powiedzenie: idę złapać drzemkę, co mnie nie często się zdarza, bo jak złapać drzemkę w ciągu 30 minut?
 Sjesta u nas to trzy razy 10 minut!
 Pierwsze 10 minut na zaśnięcie, drugie 10 minutek spędzamy w ramionach Morfeusza, a trzecie 10 minut trzeba zachować na powrót do rzeczywistości i to jest, jak dla mnie, ta najgorsza część sjestowania i dlatego sjesty zazwyczaj nie robię.











 Trzeba Wam wiedzieć, że sjestować można w fotelu lub w łóżku.
 Łóżkową sjestę dzielimy na dwa podgatunki: w piżamie lub w ubraniu.
 Nie każdy może pozwolić sobie na sjestę piżamową, bo może obudzić się zdekoncentrowany, bez świadomości pory dnia i własnego istnienia i rzeczywistości!
 A zresztą, któż to wie, co naprawdę jest rzeczywistościa...?
 Po takiej sjeście, nie będę Was oszukiwać, to już nie ma żadnej pracy! Zdecydowanie jestem za sjestą w łóżku, w wersji piżamowej, ale ta wersja wymaga więcej czasu... i ja się do niej nie nadaję!
 Z zazdrością i podziwem patrzę na co niektórych misjonarzy:
 czapka z głowy, buty obok łóżka, a oni w ubranku, wyciągnięci w pozycji horyzontalnej przez minut 30! Zasną, pośpią i obudzą się wypoczęci jak skowronki!!!
 Więc sjesta piżamowa, w moim wydaniu, to po prostu święto leniuchowania i spania nie TYLKO 30 MINUT, ale DO RANA DNIA NASTĘPNEGO! Na takie sjestowanie nie mogę sobie pozwolić dnia każdego, ale raz lub dwa razy w miesiącu koniecznie trzeba!
  Wybieram na przedłużoną sjestę sobotę... i nie ma mnie dla NIKOGO! Koniec, kropka, basta!!! /śmiech/!

  A wiecie kto pracuje w czasie sjesty w Afryce?
 Tutaj mówią, że złodziej...






sobota, 1 września 2012

O pojemniku po oleju…


U nas mówi się » bidon » na pojemnik plastikowy, w którym znajduje się olej rodzimej produkcji. Po zużyciu oleju, a oleju używa się dużo, właściwie bardzo dużo, pojemnik zostaje pusty i pełni różne funkcje. Nosi się w nim wodę ze źródła, matango - czyli wino palmowe, i może służyć jako.... 



Grać i śpiewać każdy może..., nieprawdaż?


Ps. Ten filmik był prezentowany na moim blogu, ale dzisiaj przeglądając zdjęcia i filmy, aby zrobić PORZĄDEK przed wakacjami pomyślałam: co mi szkodzi dać takie granie raz jeszcze...